Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Słonne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Słonne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2023

Pogodowe okienko ...

 Prawie dwa tygodnie nie było mnie na Pogórzu. W czwartek jechaliśmy w deszczu, wszędzie płynęły strumienie wody, ale kiedy wyskoczyłam z auta otworzyć bramę, z ulgą wciągnęłam do płuc świeże powietrze. W radiu pogodynek z radością obwieszczał prognozę pogody, na północy -1, w centrum też, reszta kraju nie lepsza, tylko u nas na południowym wschodzie ma być słońce i ciepło. Pierwsze ciepło, do + 15.

Po deszczowej nocy ranek o dziwo! obudził się rześki, nawet był księżyc zawieszony nad horyzontem, ptaki już dawały pierwsze koncerty, szkoda tego dnia, bo jutro znowu ma być byle jak. Nie będziemy siedzieć w domu, tak sobie pomyślałam, pojedziemy poszukać śnieżycy wiosennej. Nie pojedziemy w Bieszczady, poszukamy jej bliżej, pod Sanokiem.


Wybraliśmy się na ścieżkę przyrodniczą 'Polanki" w rezerwacie o tej samej nazwie w Bykowcach, na południowych stokach Gór Słonnych. Tuż za pomnikiem Żołnierzy Września wjazd na wygodny parking z całym zagospodarowaniem, a turystów wita brama. Zabraliśmy też ze sobą Mimę, niech się trochę przewietrzy po zimie, ruchu zażyje, bo jejmość rozleniwiła się bardzo, boczków jej przybyło. Ale to prawda, co mówiła pani weterynarz, jak ten pies "nie pałuje" w lesie, to tak się dzieje:-) 




Przyjemnie się szło wyznaczonym traktem, trochę pod górę, trochę w dół, pod nogami szeleściły buczynowe liście, czasami w prześwitach lasu ukazywał się widok na dolinę Sanu. Było wietrznie, wicher huczał w koronach drzew, a przy takiej wentylującej pogodzie tworzyły się prądy powietrzne, doskonałe do przelotu żurawi. Leciały nad nami ich klucze raz za razem, tym razem ich klangor wywoływał w sercu radość, wracają! wracają! idzie wiosna!


Ścieżka jest doskonale wyznakowana, są pomosty, schodki, mosty przez potoki, miejsca odpoczynku. Śnieżycę wiosenną spotkaliśmy w jednym miejscu, tuż za bramą w korycie potoku. Skoro tu jest, to znaczy, że i wszędzie kwitnie, bo przyznam, miałam obawy, że może za wcześnie jedziemy.

W jednym miejscu szlak wyprowadził nas bardzo nisko, do jakiejś leśnej drogi, obawiałam się, że źle poszliśmy, ale tablica prześwitująca między drzewami zapraszała do siebie. Między stromymi zboczami Słonnych sączące się strumyki i jakiś obcy zapach, oooo! ktoś tu coś wylał, nieładnie pachnie. Tylko mąż mówi - wiesz, taki zapach jak w Horyńcu. Tak, ciągnie w nos nieświeżymi jajami:-) Dopiero z tablicy odczytaliśmy, że jest to źródło z siarczkowymi wodami, a to drugie bardziej czerwone trochę żelaziste. Lubię źródełka, swoisty fenomen, woda  bijąca z ziemi ...

Przy źródełkach tabliczka skierowująca z powrotem na poprzedni trakt, to tak, żeby się nie zgubić, bo niby blisko miasta, a można poleźć po jarach, parowach pewnie aż do Lisznej:-)

Ponieważ to zwykły dzień, nikogo na szlaku, pozwoliliśmy się psu potaplać w potokach, jedyną wadą było to, że one w głębokich jarach, trzeba stromizną zbiec do wody, potem wydrapać się z powrotem. Jejmość wymęczyła się jak trzeba, spała potem, ani głowy nie podnosiła:-) 

Mijaliśmy wysoką do nieba jodłę z odłupanym pasem kory z góry na dół, równo jak od linijki, musiał w nią trafić piorun. A wiecie, że ponoć ludzie nie chcą takiego drzewa rażonego piorunem, ponoć żeby się potem chałupa nie spaliła.

My ruszyliśmy teraz na poszukiwanie większych ilości snieżycy wiosennej. 

To roślina rzadka, w naszym regionie występuje w Bieszczadach, najwięcej chyba w dolinie Sanu, od źródeł aż po Sanok. Chyba rośnie podobnie jak czosnek niedźwiedzi, w rozlewiskach rzek, łęgach, mokrych zaroślach, może to woda przenosi nasiona przy wysokich stanach i osadza je na błotnistych brzegach. Może za setki lat śnieżyca przywędruje na nadsańskie błonia w Przemyślu:-) Przyznam, że na powrocie jechaliśmy wzdłuż Sanu aż do Tyrawy Solnej, w niedzielę obserwowałam brzegi rzeki w Bachowie aż do Krzywczy, nigdzie nie widać tej rośliny.

Znaleźliśmy ją za ogrodzeniem skansenu, w trochę dzikim miejscu, zakrzaczonym, ale widok tylu kwitnących kwiatków wynagrodził nieciekawe otoczenie. Ponieważ było ciepło, było też mnóstwo pszczół, z żółtym pyłkiem na odnóżach.




 
W Sudetach rośnie śnieżyca z pojedynczym kwiatkiem na łodyżce i z zieloną łezką na każdym zakończeniu płatka. Nasza śnieżyca karpacka ma zwykle po dwa kwiatki na łodyżce, a kropki na płatkach są żółte. 




Zawsze bardziej cenię widok rzadkich roślin w naturze niż choćby w najpiękniejszym ogrodzie:-) Wystarczy usiąść, oprzeć się plecami o pień drzewa i patrzeć, zostawić te myśli, zwariowany świat, jego niecne uczynki, niech słońce grzeje w twarz, to bardzo oczyszczające:-) I tak przy okazji przypomniałam sobie, że pewnie czas odwiedzić też te miejsca, gdzie w naturze rosną sasanki, i ciemierniki, i może kosaćce, te niziutkie, żółte i fioletowe.



Wczesna wiosna to także czas, kiedy w zaroślach można znaleźć urocze grzyby, czerwoniutką czarkę szkarłatną i czarkę austriacką. Tylko rozpoznaj tu człecze, która jest która? trzeba mikroskop ze sobą nosić i porównać zarodniki:-) Czytałam ostatnio, że także jest zbierana do jedzenia, jeszcze się nie odważyłam, ale myślę, że przyjdzie czas i na nią /jak na uszaki bzowe/. Jadana jest również na surowo, uszczknęłam ździebko, bardzo chrupka, smaku nie doszukałam się wyraźnego, ponoć smakuje jak rzodkiewka, hm! Na powyższym zdjęciu widać już kiełki czosnku niedźwiedziego, skubnęłam troszkę do twarożku.

W sobotę lało, przebiśniegi w lesie stuliły płatki jak białe łezki, mnóstwo ich. Pojechaliśmy do Leszczyn, a tam na pastwisku stado koni, ze źrebakami, nie wiem, co to za konie, wszystkie jednej maści.



Zajrzałam też we wnętrze głębokiego koryta potoczku wpadającego do Turnicy, to mój ulubiony wodospadzik.

. Dosłownie pluje wodą za stopnia, jest niski, pójdę kiedyś zobaczyć, skąd wypływa:-) Musi to być gdzieś blisko, bo zaraz wznosi się do góry masyw Kanasina.



Pod wieczór deszcz zamienił się w śnieg, a rano było już tak.



Obawiałam się o wyjazd pod górę, przymarznięty mokry śnieg, szklana warstwa, ale jakoś poszło. Nad Sanem w Bachowie widzieliśmy trzy orły bieliki.


Pozdrawiam Was serdecznie i ciepło, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!









niedziela, 5 lipca 2015

Chaszczowanie w Górach Słonnych ...

Właściwie to do końca nie wiedziałam, czy uda mi się powędrować z grupą turystyczną. Kilka dni wcześniej ugryzła mnie osa, i to gdzie? w stopę! Kroiłam jakieś warzywa na tarasie, a ona, bezczelna weszła mi cichcem pod pasek klapka, jak ją docisnęłam, to zostawiła sporo jadu w skórze śródstopia, a potem, jakby nic, odfrunęła spokojnie. U mnie jad osy powoduje jeszcze większą opuchliznę niż od pszczoły, prawie czułam, jak stopa zwiększa swoją objętość:-) Na noc obłożyłam ją liśćmi babki, na dzień dzikiej hreczki, potem znowu babki i jakoś udało mi się wcisnąć nogę do buta.
Pogoda na sobotę zapowiadała się prześliczna, upalna i słoneczna, grzało już od rana. Zgarnęli mnie z przystanku, gdzieś pośrodku drogi, skąd dotarłam z chatki pogórzańskiej. Trasa wiodła kolejnym etapem czerwonego szlaku, z Zawadki, do Lisznej pod Sanokiem, przez grzbiet Gór Słonnych.


Po drodze przez Rakową weszliśmy jeszcze do greckokatolickiej cerkwi pw. Narodzenia NMP z 1850 roku. Na wzgórzu, w otoczeniu wiekowych drzew smutno spogląda na wieś , rozłożoną poniżej.


Cerkiew opuszczona i przez katolików, którym służyła do czasów, kiedy wybudowano nowy kościółek. Nawet trawy na placu niewykoszone, przez zmurszałą podwalinę dostają się tam zwierzęta, sowy zostawiają wyplujki, koty ślady na obrusach ołtarza, na podłodze szeleszczą zeszłoroczne liście ... wszędzie opuszczenie, prawie nikt tu nie zagląda. A ołtarz zdobią ikony malowane przez Zygmunta Bogdańskiego, znanego malarza cerkiewnego ...






Jakżesz mi tu pasują słowa piosenki o jesieni, Beskidzie, cerkiewkach ... "kowal w kuźni klepie biedę, czarci wydeptują trakt, w pustej cerkwi co niedzielę, rzewnie śpiewa wiatr, pobożny wiatr" ...



Ruszamy pod górę, widoki z lekka przymglone wzmagającym się upałem, przez eksponowaną łąkę, gdzie słaboty człowieka łapią, taki żar, Na szczęście po chwili zanurzamy się w zbawienny cień lasu ...

Właściwie to tak troszkę lekceważąco podeszłam do Gór Słonnych, a co tam! wdrapiemy się na grzbiet, a potem ścieżką szlaku pójdziemy sobie spokojnie aż do końca ... temperatura na pewno odrobinę niższa niż na łące, jednak działa ogromnie napotnie, koszulki ciemnieją od potu, czoła perlą krople, które ściekają za chwilę strugami, no i prawie bieszczadzkie "chaszczowanie" ... chyba źle to określiłam, bo w Bieszczadach nie da się już od dawna "chaszczować" na dziko, chyba, że poza parkiem ... wody, wody, wody ...


Z niemałym wysiłkiem osiągamy grań, roje brzęczących owadów obsiadają nas, w oddali ciemnieje pasmo Chwaniowa ...


... a my rozświetlonym lasem bukowym wędrujemy, wędrujemy, wędrujemy ... zatrzymujemy się płyny uzupełnić, i jakieś kalorie ... ponad trzydziestostopniowy upał daje się mocno we znaki


Wreszcie widać jakieś dachy zabudowań i szlak wyprowadza nas na drogę ... czeka na nas autobus i ... co za niespodzianka! każdy dostaje po schłodzonej puszce niebiańskiej ambrozji ... a nam już zaczynało brakować wody, spieczeni, zmęczeni, z otartymi stopami, bolącymi kolanami ...



Niech Bozia w dzieciach wynagrodzi, Dobra Kobieto!!!!!
Już po drodze chcemy zabrać na podwózkę jakiegoś młodego człowieka, który drałuje asfaltem, jednak angielskojęzyczny Niemiec wcale nie chce z nami jechać, on CHCE iść:-) ...
Zatrzymujemy się jeszcze przy bunkrze linii Mołotowa, których tutaj pełno w nadsańskiej krainie ...


Imponujące mury, kruszec betonowy ze skałek Wołynia i Podola ... z tyłu ruina, wysadzony w powietrze ...


Jeszcze tylko ruiny zamku Sobień, na wzgórze znowu trzeba odrobinę wspiąć się, ale warto dla tych widoków ... nie będę opisywać historii, bo to można sobie znaleźć w necie ...




Ruszamy dalej, drogi nasze wiodą na lotnisko w Bezmiechowej, wysoko pod niebo, skąd startują szybowce, paralotnie, a otwierające się widoki na poszczególne pasma bieszczadzkie przyprawiają o drżenie serca z zachwytu ...



O, jejku! dali nam jeszcze jeść na tym lotnisku, pozwolili pośpiewać do późna przy gitarach ... i popłynęły Bieszczadzkie anioły, i piosenki o górach i butach rajdowych, i dumki łemkowskie, i ludowości z podtekstem, i słowackie o Katerinie ...


...  zobaczyłam takie zwierzątko, na początku myślałam, że to piesek, póki nie zobaczyłam dzioba ... ponoć mają tam różne ptaki, znaczy hodują je, przyniesione skądeś ... obraca to-to głowę dookoła, wpatruje się w człowieka mądrymi oczyskami ...



Jeszcze wspólne zdjęcie na tle bezkresu, takie rozległości krajobrazowe budzą w sercu jakąś tęsknicę ...


Chyba już czas wracać do domu ... jak to śpiewał kiedyś Rudi Schubert, pakujemy się zatem do pojazdu i w różowościach zachodu, w nadchodzącej nocy wracamy do naszych domów, późno, prawie przed północkiem.


Co robicie w tak piękną, letnią niedzielę? moczycie stópki w zimnej wodzie?
Ja dziś domowo, upiekłam bułeczki drożdżowe z różą, które cieplutkie jeszcze konsumuję, tak przy okazji pisania tego posta ... obok, w chłodku, śpi Jaśko ...
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowo, zdrowia życzę, pa!