sobota, 19 czerwca 2021

Wiosna w złotych kroplach ... podgladactwo w kilku odsłonach ...

 I przyszedł dzień, kiedy mąż po przyjściu z pasieczyska rzekł: - Bierzemy! I popłynęła złocistą strugą kwintesencja wiosny pogórzańskiej, pierwszy miód z kwitnących sadów, łąk, głogów, i być może akacji, choć tych ostatnich w pobliżu nas nie ma, dopiero w górnej części wsi.

Pracowaliśmy w upale spory kawałek dnia, a po odstaniu przez noc miód został przelany do słoików. Stęskniłam się za jego smakiem, za słodyczą wysysaną z plastrów wosku, bo zeszły sezon był bardzo marny, nie wzięliśmy ani kropli miodu, nawet niezawodne lipy nie nektarowały.


W nagrodę pojechaliśmy na wycieczkę, znowu w doliny pomiędzy rusztami Gór Sanocko-Turczańskich. Ponieważ w dzień zapowiadał się niezgorszy upał, wybraliśmy się dosyć wczesnym rankiem, lesistymi drogami poza głównymi trasami.


Znowu wdrapaliśmy się na pasmo Chwaniowa, ale od strony Nowosielec Kozickich, bo lubimy tamtędy jeździć. Wioseczka na uboczu, z historią, ładnym kościółkiem, rozległymi łąkami i uroczą pasieką na stromym zboczu łąki.



Na samej górze Chwaniowa, tam gdzie poprzednio fotografowałam storczyki, po drugiej stronie drogi ślady po dawnych zagrodach, może to był przysiółek Ropienki. Jeszcze niedawno stał ostatni dom, który potem spłonął, poprzewracane ule, gdzie indziej ślady fundamentów, doły po piwnicach i drzewa owocowe.




Jechaliśmy powoli, a ja robiłam zdjęcia zauważonych "deskali" Andrejkowa, w różnych wsiach. 




Przed nami potężny masyw górski, za nim Bezmiechowa z szybowiskiem. Jeszcze nieskoszone łąki puszyste jak futerko, falujące, pachnące, a droga zaprasza do wędrówki na górski grzbiet.


Gdzieś dalej poczułam się zdezorientowana, co to? Laworta tutaj? ale nie, to nowy plac budowy, już zamontowane słupy do nowego wyciągu narciarskiego, stok ładny, północny, wyrasta nowa konkurencja dla Laworty i Gromadzynia.


Po zrobieniu sporej pętli wracaliśmy szutrową drogą do Ropienki, jeszcze kałuże po ostatnim deszczu.



Po prawej stronie drogi podmokła łąka, a trochę dalej stawik na strumieniu, powstały za sprawą bobrów. Tak sobie rozmawiamy z mężem, że tu na pewno dużo różnego gadostwa, bo i woda, i las, i mokro ... przystanęłam, żeby zrobić zdjęcie, a tam środkiem wody zasuwa faliście mały łepek, aha! zaskroniec płynie:-)


Przejechaliśmy też doliną Jamninki ...



Byliśmy tu świadkami ciekawego zdarzenia, aż zatrzymaliśmy auto i z otwartymi gębami patrzyliśmy, co się dzieje. Dwa orliki krążyły wokół brzozy, to wzbijając się, to w dół i z powrotem do góry, krzycząc przy tym przeraźliwie. To ich opadanie nie było takie zwyczajne, zwijały skrzydła i jak pikujący samolot spadały do gałęzi i znowu do góry, i tak kilka razy. Wreszcie wśród gałęzi dostrzegliśmy ciemny kształt, tam coś siedzi, a ptaki są zaniepokojone, może w pobliżu mają gniazdo. Po kilku atakach to "coś" wreszcie się ruszyło, wielkie ptaszysko rozpostarło skrzydła i dostojnie spłynęło w dół, ojejku! orzeł! Orliki ruszyły za nim, nie dawały mu spokoju, krążąc wokół i nawołując przeraźliwie. Przepędziły intruza na druga stronę doliny, gdzieś nad pasmo Jamnej. 
Nasze kolejne spotkanie z orłem, nie dziwota, wszak to miejsce zwane jest "doliną orłów".
Po drodze jeszcze pomoczyliśmy trochę Mimę w Wiarze, a nad wodą pełno ludzi, szerokie plaże z drobnych kamyczków, czyściutka woda ... to wszystko przyciąga w upał.


Pisałam ostatnio o zbiorach róży, które trwają cały czas. Róża sukcesywnie rozwija kwiaty, kwitnie wyjątkowo obficie, nadrabia chyba zeszły rok. Kiedy zbliżałam się do krzewu, zawsze z krzykiem odlatywał jakiś ptak, e, tam, pewnie jakiś młodzik siedział sobie i wystraszyłam go. Tak było raz, drugi, kolejny, aż w końcu zauważyłam w gałęziach suche trawy, a nieco dalej gniazdko, a w nim zielonkawe jajeczka, o! do licha! gniazdko, wystraszyłam wysiadującego ptaka. Na szczęście drozd zawsze powracał, bo dziś rano zobaczyłam, że to drozd i teraz omijam tę stronę krzaka od podwórza, a zrywam cichutko kwiaty od drogi, ptak spokojnie siedzi, nie płoszy się, więc jakoś pogodzimy się.



Zakwitła mi delikatna driakiew kaukaska i ostrogowiec, wszystko ku pożytkom dla pszczół. 
A ja dalej o ptakach:-)
Znowu dziś, tuż przed popołudniową burzą, obserwowaliśmy z tarasu bociana. Przyleciał tuż pod chatkę, a tam jeszcze skoszona trawa płatami przykrywa ziemię. Mądre to stworzenie, dziobem uderza w tę trawę i obserwuje, czy jakikolwiek ruch pod nią. Jeśli tak, to jest skuteczny, łupem pada jaszczurka, duży żuk, padalec czy coś innego. W gnieździe czekają trzy głodne dzioby, a samemu też wypada coś przetrącić, żeby mieć siły, musi się napracować biedaczysko:-)
Teraz znowu mały przerywnik botaniczny, przy leśnej drodze zakwitły w wielkiej obfitości gółki długoostrogowe ... a jednak to nie gółki, a stoplamek Fuchsa, dobrze, że Staszek zagląda tutaj i poprawia moje zmyłki:-) dzięki.







I jeszcze opowiem Wam o wiewiórce, tej, o której pisałam ostatnio, że chodzi sobie po winorośli, skacze na krzak aronii, może pije wodę z rynny ... dziś znowu szła stałą trasą, obejrzałam się, a ona w pyszczku miała jakieś zielone części roślin. Wreszcie mnie oświeciło, ona nie przychodzi do wody, ona ma na wielkim świerku gniazdo:-)  zobaczyłam wysoko między gałęziami sterczące patyki, tam ma dom ... i rodzinę.



Tak nam zachodziło dziś słońce po burzy.


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!
P.s. A to synek angielski takie zdjęcie mi przysłał:-)







30 komentarzy:

Anonimowy pisze...

piękna relacja z wycieczki okraszona ciekawymi zdjęciami. Muszę jutro dokładniej jutro poczytać i pooglądać. Pozdrawiam, Alik

Bozena pisze...

Jak jedna z baśni tysiąca i jednej nocy. Opowiadasz o przyrodzie z taką lekkością. Twoja opowieść o zbiorze miodu przypomniała mi Belgię i nasze uczestnictwo w tamtejszej ceremonii odwirowania miodu. I wstchnęłam nad wspomnieniem Jean Marc'a...serdecznosci, pięknej niedzieli Ci życzę.

agatek pisze...

Ależ mięliście szczęście. U mnie też ptaki walczą najczęściej ze srokami, zdarza się, że nawet im pomagam, próbując ją hałasem obijanych pokrywek metalowych , przepłoszyć. Śliczna zdjęcia, dziękuję :)
Wszystkiego dobrego życzę.
Ach! I gratuluje miodku :)))))

wkraj pisze...

Nie nazwałbym tego podglądactwem, tylko obserwacją przyrody w dodatku uważną i przyjazną. Mieszkasz w miejscu, które sprzyja tego rodzaju obserwacji, ale samo miejsce nic nie pomoże jeśli nie ma się pewnej wrażliwości i cierpliwości. Miód będzie zimą przypominał o lecie swoją złocistą barwą a deskale bardzo mnie zaciekawiły. Prezentowała je już kiedyś chyba Grażyna. Miłej niedzieli, pozdrawiam serdecznie :)

Stanisław Kucharzyk pisze...

Gółki też już kwitną, ale te storczyki, które pokazałaś na zdjęciach to wszystko stoplamek Fuchsa (Dactylorhiza fuchsii)

BasiaW pisze...

Już wiem Marysiu skąd masz taką kondycję! To po tym miodku:-)

Pellegrina pisze...

Miodek to jedyna słodkość która lubię, właściwie każdy ale leśny najbardziej. Od zawsze lubiłam murale, jak się tylko zaczynały pokazywać w wielkich miastach, dla mnie to była pozytywna subkultura. Więc deskale też mi się podobają a oprócz urody mają funkcje poznawcze. Orła chyba nigdy nie widziałam, chociaż czasem coś wielkiego przeleci nad moim tarasem ale myślę, że to bocian. Czyściutka, wartka woda z kamyczkami mi sie marzy w te upały, na zalewie woda za ciepła. Piękne masz łąki i ślicznie je focisz, z miłością i czułością, to widać i czuć! A i zachody widowiskowe, u mnie słoneczko na zachodzie chowa się za las.
Lubie takie zabawne fotki, pozdrów od mnie angielskiego synka.

Anonimowy pisze...

Gdy czytam twoje relacje z Pogórza to przypomina mi się Lato leśnych ludzi :-)
Mnóstwo wrażeń dostarcza wam Pogórze, a natura odwdzięcza się za ciągły zachwyt i umiłowanie jej uroków.
Zazdroszczę bardzo...
jotka

Aleksandra I. pisze...

Piękno - smakowity wpis. Taki świeży pierwszy tegoroczny miód to wprost delicje. Przepiękne strony pokazujesz. Muszę sprawić sobie większą mapę tych stron, żeby chociaż palcem po mapie wędrować z Wami. Zresztą zawsze lubiłam "wędrować" po mapach. A ostatnie zdjęcie Twojego syna jest rewelacyjne. U mnie upał, upał i na razie nic nie zmienia się. Pozdrawiam serdecznie

grazyna pisze...

Historia z orlikami, z wiewiorka...fajnie się to czyta. A Ty masz oczy otwwarte na swiat! i bardzo charakterystyczny styl pisania. Ciepły, relaksujacy...Andrejkow zostawia po sobie bardzo piekne slady, lubie jego deskale bardzo!
Sciskam serdecznie!

Anonimowy pisze...

No i przeczytałam dokładniej. Też mi się kojarzy z Latem leśnych ludzi. 'Murale" Andrejkowa to wspaniały pomysł. Równie pomysłowe jest ostatnie zdjęci. Byli tacy dwaj co ukradli księżyc, ale żeby połknąć księżyc - tego jeszcze nie było! A jednak, i to nie tylko w baśniach, a niemal dosłownie. Super! Taki świeżutki miodzio musi być bardzo pachnący. Ja kupuję i raczej różne; lubię gryczany za jego intensywny aromat, a ostatnio bardzo smakował mi wrzosowy, taki delikatniutki, nieco żelowy. Pozdrawiam, Alik

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Alik, a kiedy Ty śpisz:-) pozdrawiam.

Bożena, dużo dzieje się wokół, tylko obserwować; to był radosny proces pracy przy pszczołach, cieszy bardzo taka obfitość miodu, bo w zeszłym roku nawet dla nas zabrakło:-) to rzeczywiście ceremonia, począwszy od odsklepiania plastrów, kiedy już zaczyna płynąć złocista patoka, a co się naoblizywałam, aż mi było za słodko; pamiętam Twoje wspomnienia z Belgii; niedziela jest zawsze dla rodziny, dla babci i wnuków; pozdrawiam.

Agatek, żałowałam tylko, że w aparacie był założony obiektyw szerokokątny, nie zdążyłabym zmienić i tylko moje odczucia opisałam, ależ to była akcja:-) kiedyś płoszyłam tak sójkę, która dopadła gniazda kosów, ocalało jedno pisklę; dzięki i pozdrawiam.

Wkraju, przyroda jest ciekawa:-) obserwowałam jakiś czas temu jaszczurki zwinki, pewnie to były zaloty, piękny zielonkawy samczyk i one trzy, szarawe, wyobraź sobie, że gryzł je w ogon:-) być może do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć, zostawiłam wielki świat, nie kusi mnie wcale; Grażyna jest fascynatką deskali, a ja mam na oku jeszcze dwa nowe, w Przemyślu o tematyce I wojny i w Pruchniku jakaś scenka, sfotografuję i pokażę; pozdrawiam.

Staszek, no i sam widzisz, poszły w świat zupełnie nieprawdziwe wieści, a ja tak byłam przekonana, że to gółki:-) zaraz poprawię, a swoją drogą one takie podobne, jak tu rozróżnić:-) przy leśnej drodze z Koniuszy do Bryliniec zatrzęsienie ich, aż szkoda, że pewnie wykoszą; pozdrawiam.

Basia, a tak, miodek krzepi:-) z kondycją w upały kiepsko, kiedyś lubiłam słońce i gorąc, teraz męczy; chowam się do cienia, ogarniając prace konieczne porannie, po chłodku; pozdrawiam.

Krystynko, każdy miód, który ukręcimy, nie jest taki sam, inne pożytki, inne zapachy i kolory, a najbardziej smakuje mi miód zjadany z prosto z plastra, jak się tam coś uszkodzi; trzeba mieć w sobie boży dar, żeby na tak niestabilnym podłożu, jakim są stare ściany, namalować czytelny obraz, zachować proporcje, podziwiam człowieka; Wiar jest rzeką górską, więc i bardzo malowniczą, kamienista, w jednym miejscu ostre skały, w innym wypłukane drobne kamyczki; Wschodów słońca nie widzą, za to zachody wyjątkowo spektakularne, ten po burzy, kiedy chmury na chwilkę podniosły się; dzięki i pozdrawiam.

Jotka, o, tak, mam wrażenie, że z lekka wtapiam się w przyrodę, może urosną mi zielone włosy:-) bardzo dobrze czuję się w tej dziczy, a może i sama z lekka zdziczałam:-) moja teściowa dziwi się, jak można lubić tylko krzaki, łąki, książki i tak właściwie bez ludzi; pozdrawiam.

Ola, nawet rzekłabym, słodziutki:-) to bardzo pachnący produkt, sam proces obrabiania, pachną w miodzie wszystkie oblatywane kwiaty; ostatnio patrzyliśmy z mężem tęsknie na wschód, że też człowiek postawił sztuczne przeszkody jak granice i nie można swobodnie przejechać, a teraz dodatkowo przeróżne obostrzenia przy przekraczaniu granic, media straszą, a człowiek coraz mniej odważny; przekażę, że zdjęcie z księżycem podoba się; u nas też gorąco, od świtu wietrzę dom, potem zamknę na cztery spusty; pozdrawiam.

Grażyna, nie zawsze trafia się na taką gratkę, czasami nie dzieje się nic; ech, to moje pisanie ... zamieniam odczucia na literki, nie zawsze wychodzi:-) doliny i wioseczki w Górach Sanocko-Turczańskich są przeurokliwe, gdybym nie miała swojego Pogórza, zazdrościłabym im tego miejsca zamieszkania i spokoju, są wyjątkowe; zaraziłaś i mnie deskalami:-) pozdrawiam.

Alik, tak samo skojarzyło mi się zdjęcie syna, właśnie o tych dwóch co ukradli księżyc:-) przemierzamy trasy wycieczkowe wolniutko, puszczamy śpieszące się auta, a sami leniwie patrzymy, podziwiamy, ja robię zdjęcia, czasami mąż musi zawrócić, ale nie protestuje:-) świeży miód pachnie wyjątkowo, to połączenie zapachu kwiatów i wosku, niepowtarzalny aromat; tak, gryczany jest wręcz ostry, a wrzosowy, jak mówił mi mąż, jest bardzo trudny do odwirowania, pewnie przez tę jego żelową konsystencję; znajomi obdarowali nas przywiezionym z Bałkanów miodem z kasztanów jadalnych, znowu inny smak; pozdrawiam.

Ismar pisze...

Czytam te Twoje opowieści o okolicy z zachwytem. Znasz tyle miejsc, wiesz gdzie co rośnie i jak się nazywa. Jesteście wszystkiego ciekawi. Kocham takich ludzi pozytywnych i ciekawych świata, pochylających się nad cudem natury. Twoja okolica jest niesamowicie piękna.

Anonimowy pisze...

Mario, ja tak mam - nocny marek. Też jak gdzieś jedziemy z mężem zachowuję się podobnie jak Ty, a on zawraca albo się cofa, czasem ostro hamuje. Gdybym jeszcze dojrzała te ilości i piękno storczyków dzikich, ach! Pisz tak dalej i pokazuj te cudeńka. Alik

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ismar, lubimy wycieczki po okolicy, nieśpieszne podziwianie, bo kiedy, jak nie teraz, wreszcie odrobina czasu dla siebie:-) małe, zagubione wioseczki, niespieszne życie, z dala od ruchliwych miast, to nam się podoba. Teraz taki ładny czas, tylko szkoda, że tak szybko ucieka; pozdrawiam.

Alik, podziwiam nocne marki, ja to padam o zachodzie słońca, za to budzę się o świcie:-) dobrze, że mężowie nasi nie burzą się na fanaberie żon:-) pozdrawiam.

Olga Jawor pisze...

Pyszny musi być taki swieży miód. I zdrowy! Ten rok daje większą obfitość wszelakiego kwitnienia. Ciekawe, cyz i z owocami będzie podobnie, bo zapowiadaja wiele burz a wiadomo, że takie gwałtowne ulewy lubia strącać zawiazki owoców z drzew i krzewów.
Fajnie, że robicie sobie wycieczki po okolicach. Piękny, tajemniczy i troszke smutny jest ten świat wymarłych wsi. I te murale - niby duchy dawniej zyjacych tu ludzi. Pryzpatruja sie nam, obecnie zyjacym i dziwują temu wszystkiemu, co sie dzieje, jak sie ten świat pozmieniał od ich czasów.
Pozdrawiam Cię serdecznie, Marysiu!:-)

don't blink pisze...

Jestem wielką miłośniczką pszczół i miodu:) Mogę konkurować w ilości zjadanego miodku z Kubusiem Puchatkiem:) W tydzień zjeść litrowy słoik to dla mnie drobnostka i chlebek wcale do tego nie jest mi potrzebny, bo i po co się fatygować:) Wy swoje pszczoły dokarmiacie przed zimą, czy też zimują na własnym pożytku. U mnie w rodzinie pasiekę miał dziadek i ojciec a teraz pszczółki trzyma szwagier i jedna z siostrzenic. Ja najbardziej uwielbiam miód gryczany.
Przyroda wokół Ciebie wydaj się taka jeszcze nieskalana zbytnią ingerencją człowieka, a roślinka o wdzięcznej nazwie"stoplamek" jest urocza:)
Pozdrawiam i życzę wielu pięknych wycieczek:)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ola, pyszny, bardzo wonny, zresztą sam proces odwirowywania jest pachnący; natura oddaje nam to, co zaniedbała w zeszłym roku, bo był naprawdę katastrofalny, i te powodzie, a wcześniej szkody mrozowe; zawiązki i tak będą opadać, taka natura drzewek, nawet lepiej, bo owoce będą dorodniejsze.
To niedalekie wycieczki, raz w jedną, raz w drugą stronę, Mimę też zabieramy ze sobą, turystka się z niej zrobiła, na wędrowanie za gorąco:-) pozdrawiam.

Don,tblink, w tydzień litrowy słoik? to jesteś wielką słodziarą:-) dokarmiamy pszczoły, leczymy po miodobraniu, za bardzo nie znam się na całym procesie, ale mąż nie rusza miodu z rodni, tam gdzie matka, tylko z nadstawek; to hobby męża, no i mamy miód dla siebie i rodziny; chce mnie przyuczyć, ale za bardzo boję się, a widuję małżeństwa pracujące razem przy ulach, ale sama chyba nie odważyłabym się; gryczany jest taki intensywny, zrobiłam kiedyś z niego krupnik litewski, pyszny był i wyrazisty w smaku; tak, nie ma wokół nas przemysłu, wielkopowierzchniowych gospodarstw; dzięki i pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Mario, tak masz rację. Rano ciężko mi wstać. Ale podzielę się tym co wyczytałam sobie o tym: "Jeśli jesteś sową, doskonale wiesz, że świat faworyzuje skowronki. Jeśli jesteś skowronkiem, pewnie sam nieraz twierdziłeś, że ci wiecznie spóźnieni i zaspani na porannych spotkaniach są po prostu "leniwi", a ludzie sukcesu wstają zawsze przed 6.00 rano. To błąd, niedopatrzenie i dyskryminacja, których żadne "zmiany nawyków" nie złagodzą.
Jak przekonuje psycholożka, ekspertka snu i terapeutka bezsenności – Magdalena Komsta – aż 1/4 społeczeństwa to tzw. sowy, tudzież nocne marki. Kolejne 25 proc. z nas to skowronki, a mniej więcej połowa stanowi typ pośredni. To, w których godzinach najlepiej ci się pracuje, a w których robisz się senny, nie zależy od twoich wypracowanych przyzwyczajeń, lecz od chronotypu – typu czasu, jaki jest preferowany przez twój mózg, który z kolei zależy od genów."
Dziś piszę nawet lepiej niż o przyzwoitej porze. I dobra wiadomość: po kilku tygodniach spiekoty, ostatni tydzień dobrze powyżej 30 stopni, nareszcie pada. Uf, nie będę dźwigać tych litrów, choć czytałam, że w niektórych gminach ze względu na suszę jest zakaz podlewania pod groźbą kary. U nas jeszcze można. Pozdrawiam, Alik

Krzysztof Gdula pisze...

Zostawiasz wielki świat, napisałaś, a ja poczułem bliskość i zrozumienie. Tamten krzykliwy i pstrokaty świat nader mało ma do zaoferowania, pustym będąc w środku.
Mario, do chociaż pobieżnego poznania Roztocza jeszcze daleko, a tutaj czytam o urodzie dalszych krain, tych Twoich. Oby tylko sił i czasu wystarczyło.

Agniecha pisze...

Jejku, jak pięknie, te wszystkie storczyki, oszalałabym ze szczęścia mogąc obserwować je na żywo. U nas jednak ta przyroda jest mniej różnorodna jakoś. Jeden gatunek storczyka rośnie na naszych łąkach, ładny co prawda i co roku mnie zachwyca, ale u Ciebie! Te storczyki, te szachownice... Ach.
I miodu własnego Wam zazdroszczę. Czy pszczelarstwo jest trudne?

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Alik, to prawda, zapis w genach, moja mama była skowronkiem, siostra, brat i ja też, nigdy u nas nie siedziało się do późna w nocy; z kolei mąż lubi posiedzieć w nocy; u nas nie pada, przepowiadające grzmoty, chmury straszą po południu, ale nadal sucho, podlewam, studnia blisko; pozdrawiam.

Krzysztof, może nie powinnam tego pisać, ale powroty do miasta są dla mnie katorgą, a ruch samochodowy na spokojnej kiedyś ulicy nie do wytrzymania; ciągnie mnie do domu, tam jest rodzina, wnuki, ale po krótkim czasie tęsknię do spokoju Pogórza; tak, te dalsze krainy są jeszcze poza zasięgiem tłumów pędzących w Bieszczady, nad Solinę, nawet rzekłabym nieatrakcyjne, ale tak szybko zmienia się to, budowane są domki pod wynajem, te z dziwnych projektów, jak domki z tektury z przeszkleniami, skupione na małej powierzchni; nie zobaczymy wszystkiego, ale chociaż trochę:-) pozdrawiam.

Agniecha, tak i mnie przepełnia radość, kiedy mogę obserwować to wszystko w naturze, bo co to za frajda patrzeć na ogrodowe:-) choć ogrody też cieszą, nie powiem, sama czekam teraz, kiedy zakwitną mi dziewanny i ostróżki, które własnoręcznie wysiałam; pokaż kiedyś swojego storczyka łąkowego; tak, szachownice to rarytasik, zachowały się, reszta zaorana, dobrze, że rezerwatem je objęto; mąż oporządza pszczoły, dużo własnej praktyki, każdy pszczelarz prowadzi je troszkę inaczej, no i nie bać się ich, bo ja nie mogę się przekonać, odważyć; ukłuł mnie trzmiel w palec, bo wypędzałam go z domu, o matko, jestem chora z tego powodu, palec jak bania, przykładam liście kapusty, szczawiu końskiego, żeby gorączkę wyciągnęło, jad owadzi mi nie służy, a przy pszczołach to nieuniknione:-) pozdrawiam.

mania pisze...

Ależ macie ornitologiczne przygody :D U mnie koło pracy bociany maja gniazdo, często przylatują na pobliskie łąki. kiedyś jeden mnie wpędził w stan przedzawałowy, wyleciał mi tuż przed maską z przydrożnego rowu, gdybym jechała ciut szybciej, wbiłby się pewnie w okno.
Storczyki piękne, wyjątkowo obrodziły w tym roku :)
Czy synek angielski połknął ten księżyc? :D
Dobrego tygodnia

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Mania, też zauważyłam, że bociany lubią teraz polować przy drogach lub na drogach, prawie nie boją się aut, dostojnie przechodzą albo tylko przeskakują rów, zbierają z drogi różne gadostwo; o, tak, storczyków pełno wszędzie, nawet pod chatką, prawie na ścieżce wyrósł jakiś kruszczyk:-) nie, nie połknął księżyca, cóż by zostało dla nas? puste niebo, ciemne noce? pozdrawiam.

Ewelina pisze...

Dzień dobry. Dziś przyjechała świeżutka dostawa książek i map. Wśród nich mapa Pogórza Przemyskiego i Dynowskiego, książka Pogórze Przemyskie. Tajemnice Doliny Wiaru. Nocleg zarezerwowany w Kalwarii Pacławskiej. Coraz bliżej i realniej...Pozdrawiam z upalnego Gdańska.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ewelina, widzę, że ostro przygotowujesz się do urlopu:-) Kalwaria jest dobrym miejsce na wypady i być może, nawet najładniejszym. U stóp góry płynie Wiar, kamieniste plaże, no i szlaki turystyczne albo wycieczki w teren; pozdrawiam.

AgataZinkiewicz pisze...

Cudne zdjęcia, miejsca... Można się rozpłynąć... Chciałabym tam być... Pozdrawiam.

Ach ten blożek emerytki pisze...

Jak tutaj pięknie ,aż się chce pooddychać....

grazyna pisze...

MArysiu! a gdzieżęś Ty, wyjechałaą gdzieś , du Rumunii czy gdzie indziej, coś Cie nie ma w blogosferze..

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Agata, lato mija, łąki posiwiały, pogoda daje popalić, tylko żal, że czas tak szybko płynie; trzeba odwiedzić Pogórze; pozdrawiam.

Emerytko, można głęboko zaczerpnąć powietrza, tyle przestrzeni wokół:-) pozdrawiam.

Grażyna, wpierw mnie "zacukało" na komputer, ani nie otwierałam przez dłuższy czas, a potem pojechaliśmy, a jakże! do Rumunii:-) pozdrawiam.