Na samym początku muszę pochwalić się. Na przedmieściu, gdzie pomieszkuję, jest bocianie gniazdo, dużo łąk, nieużytków, podmokłych terenów i ogródków działkowych. Na jednym ze słupów bociany mają gniazdo i rokrocznie na słupie wisi powitalna, wiosenna tablica z imionami bocianów, którą oczywiście póżniej ktoś niszczy, rozbija, jakby komuś przeszkadzała. A w tym roku oniemiałam, istne arcydzieło:
Bocian oczywiście nie życzył sobie sesji fotograficznej i odfrunął na pobliską łąkę. Sympatyczne, prawda?
Moje zwierzaki przedstawię Wam:
Reks, którego już nie ma, przeżył z nami 13 lat, w wieku 7 lat zdiagnozowali medycy u niego "zespół końskiego zadu", wygięty grzbiet, uciskał na nerwy tylnych łap, zaczęło się powolne powłóczenie łapami, ciężkie wstawanie, przestał wchodzić na schody. Aż wreszcie pewnego dnia przestał chodzić na tylne łapy, nosiłam za nim zad po podwórku, w ręczniku, tak, jak uczy się małe dziecko chodzić. Dwa lata temu, na Sylwestra dostał "krwawej biegunki", 4 dni męczyliśmy się wspólnie, weterynarz orzekł, że nie ma dla niego ratunku i wydałam na niego wyrok, z czym jest mi źle do dziś. Oglądam się za każdym wilkiem, uwielbiam te mądre psy, ale nie chciałabym przeżywać wszystkiego ponownie, bo wydaje mi się, że każdy powłóczy zadem. A dla poweselenia - moja glicynia, która jak się zapomni, to czasami zakwitnie:
Maksia już znacie, włóczy się z nami wszędzie, kiedyś stracił nas na chwilę z oczu przy podejściu na Tarnicę i zwiał z połowy góry, mąż, jak go przyprowadził, to sypał iskrami wokół ze złości. A kolega, jak go spotyka, to zawsze pyta o Maksa , bo widział to zdarzenie i śmieje się serdecznie do dziś.
Maks-łazior na szlaku, teraz pogoniliby nas strażnicy parku, wiec chodzimy sobie poza jego obręb, a chociażby na Kamień Dwernik.....
... było mi smutno po Reksie, na pocieszenie, w tajemnicy przywieźli mi kiedyś, dosłownie za 2 tygodnie chyba, Bigosa, żywioł, hałaśliwy, wszędzie musi być. Weszynoska jak widzi moje kudłacze, strzyżone przeze mnie, to chyba jej profesjonalny zmysł boleje nad nimi.
Przedtawiam Wam Gustawa, buras-dachowiec "Vulgaris", ktoś podrzucił mi go na początku grudnia w te największe mrozy, przyniosłam go do domu, pełna przerażenia, nigdy nie mieliśmy kota, myślę, wyeksmitują mnie razem z nim. Anulka z Chaty pod Wiatrakami pocieszała mnie, dawała mnóstwo cennych rad i teraz Gutek jest naszą radością. Na początku medycy oszacowali go jako kotkę, więc po pewnym czasie zawiozłam go na sterylizację, bo przychówku nie oddałabym. Przyjeżdżam po odbiór niby-kotki, a oni mówią: Proszę, to pani wykastrowany kocurek, a ja mówię: To nie mój, ja miałam kotkę do sterylizacji.
Ależ to pani kotek, bo okazało się, że to kocurek. Zrobiło mi się żal Gutka, bo sama chyba nie zdecydowałabym się na kastrację, no ale cóż, stało się. I okazało się, że dobrze, bo nie obsikuje smrodliwie, trzyma się domu i uwielbia spać na akwarium, bo go grzeje w brzuszek. A mąż śmieje się do Maksa i Bigosa i przestrzega ich, żeby nie jeździli ze mną do weterynarza, bo różnie to może się skończyć.
I jeszcze przedstawiam Wam moje 300 litrów rybek. Po prawej, na szafie wiszą smętne resztki pnącza, które oskubał Gutek....
.... i do tego trochę żab w oczku, które już pokazywałam. Lubię te moje zwierzaki.
Wczoraj byłam w klamociarni, znalazłam m.in. takie coś ....
.... niby talizman, malutkie to-to, mieści się w dłoni, wygładzone, jakby ktoś to nosił w kieszeni i bez przerwy dotykał, niby anioł, a z drugiej strony ma taki wyryty symbol...
...... ryba? Może ktoś wie, co to takiego? I jest to mosiężne.
Ceramicznemu jeżykowi nie mogłam się oprzeć, strasznie lubię naturalne tworzywa, nie znam jego przeznaczenia, chyba ogórki kiszone położę na nim.
Jeszcze garść pogórzańskiej wiosny:
Pogoda trochę skiepściła się, bo jutro wybieramy się do Piątkowej, na Kruszelnicę, do Dynowa, ale do jutra jeszcze kawałek. Wieczorem mieliśmy pierwszą wiosenną burzę z piorunami, grzmotami i solidną ulewą, a dziś kwiecień przeplata i jest zimno. Serdeczności ślę, miłego wypoczynku, celebrujcie niedzielę i leniuchujcie trochę, pa.
piątek, 8 kwietnia 2011
wtorek, 5 kwietnia 2011
Klejnociki wiosenne i nie tylko wiosenne .....
Ten weekend spędziłam wyjątkowo nie na Pogórzu, tylko w domu rodzinnym, na Roztoczu Południowym.
W ciągu tych trzech dni zazieleniło się, rozkwitło, porosił mały deszczyk i widziałam stado 8-miu bocianów, lecących do swoich gniazd. Kiedyś były u nas bociany, nawet dwa gniazda, potem wybudowano nową stodołę, ścięto jesiona i starą czereśnię, nie chciały osiedlić się na nowym miejscu, na stodole. W tamtym roku przyleciały, troszeczkę spóźnione małżeństwo bocianie, i zajęły prowizoryczne gniazdo, zaczęły budować, ale jakiś potwór ludzki strzelił z wiatrówki i zabił jednego, ten drugi odleciał, w tym roku kręcą się w pobliżu, może znajdą spokojną przystań.
Kilka klejnocików z mojego ogrodu:
Słoneczne bratki, rozświetlają świat nawet przy pochmurnej pogodzie....
....... żólty przeplata się z fioletem, różne odcienie i stopnie nasycenia koloru....
,... irysy już przekwitają, wydobywają sie na świat poprzez liście jukki, trzmieliny....
,..... samotny pierwiosnek, wysiał się gdzieś zupełnie z boku...
,... fiołki pachną już słodko, a jak zaświeci słońce i powieje leciutki zefirek, zapach unosi się daleko, za domem, w strefie cienia znalazły sobie miejsce zawilce i przylaszczki, nieco dalej miodunka, nikt ich tu nie sadził, nasiona chyba zostały przyniesione z sadzonkami sosny-samosiejki z ugorów Pogórza....
,....a tu kwitnąca gałązka derenia jadalnego, owocuje już obficie, w tamtym roku zebrałam owoce na nalewkę - dereniówkę, własne...
,..... magnolia tylko czeka na znak od słońca, jej piękne kwiaty wyglądają jak bibułkowe motyle przypięte do gałązek, trzeba by wybrać się do arboretum właśnie na czas kwitnienia tych pięknycvh drzew, różne odmiany, kolory, kształty, egzotyczne piękności.....
W świeżo wyczyszczonym oczku rozgościły się żaby, to chyba ropuchy, zaczęły gody i składają skrzek, jak czarne paciorki.
A to już inny klejnocik, obrus lub narzuta, haftowany krzyżykami, wyszperany w szmateksie za całe 4 złote....
,..... inna serweta, delikatne płótno, misterny haft, monogramy, chyba z posagu jakiejś panny, zwróćcie uwagę na datę "1876", kiedy przyniosłam ją do domu, pomyślałam sobie, że to jakaś maszynowa robota, nie zauważyłam jeszcze literek i cyfr, ale potem przywdziałam okular i ukazało się całe piękno tego klejnociku...
,... równiutko kładzione ściegi, ręcznie, nitka koło nitki, wycinane dziureczki, ząbki, czyje cierpliwe i dokładne ręce i oczy wykonały tak misterną pracę, może siostry zakonne z jakiegoś klasztoru uszyły wyprawę pannie?
Na tej starej fotografii jest babcia mojego męża o oryginalnym imieniu Gizela, zdjęcie zrobione chyba w Zaleszczykach, w tle ogromna góra, ten młody żołnierzyk strzelił do siebie następnego dnia, z zawiedzionej miłości, damy w kapeluszach, ta siedząca - to jej siostra, trzyma w rękach pewien przedmiot......
,... srebrna torebeczka balowa, wykonana z łusek zaczepianych na srebrnej siatce, efektowne zapięcie z motywem kwiatów, na łańcuszku z grubego, srebrnego drutu, w środku oryginlna podszewka z irchy, klejnocik jest teraz u mnie jako pamiątka po Buni....
,... i alabastrowy wazonik, nazywany w dzieciństwie przez męża: Pan z Panią, obtłuczona ręka i jakiś przedmiot, który trzymała, w oparciu ławki otwór, do którego można wlać wodę i ustawić kwiaty.
Jestem jeszcze w posiadaniu pamiętnika sekretnego z wpisami z 1920 roku, jakiś żołnierz
szedł na wojnę i też się wpisał, różne wierszyki, zasuszone kwiaty, kiedyś pokażę. Aha, i jeszcze rocznik Płomyka z 1925 roku, pisywali do niego Janina Porazińska, Maria Skłodowska, Ewa Szelburg-nie Zarembina, jakieś inne nazwisko, może drugi raz wyszła za mąż, arcyciekawe zdjęcia, artykuły, korespondencja. Na nową drogę życia dostaliśmy z mężem łyżki, łyżeczki i widelce, ciężkie, niezgrabne, można widelcem migdały wykłuć z gardła, takie długie, właśnie z tych lat. To moje klejnociki.
A dziś robiłam smażony ser, ze "zmądrzałego sera", najlepszy jest ser swojski, lekko posolony i wymieszany z odrobiną sody oczyszczonej, tak na koniec noża, nie wiem po co ona, ale każą dawać w starych przepisach Buni, ma stać kilka dni, dopóki nie zacznie wydzielać specyficznego zapaszku...
,... po tym czasie stawiamy na palnik, dodajemy trochę masła i roztapiamy do postaci lejącej, wcale nie śmierdzi...
,... jeszcze trochę kminku....
,... wbijamy 2-3 jaja....
,... i energicznie pracujemy widelcem, aby nie potworzyły się grudy, do zgęstnienia....
,...smakujemy, można odrobinę dosolić, pyszny na ciepło i na zimno, z żytnim chlebkiem......
,.... a po chwili już tak wygląda zawartość garnka.
Dla ochrony przed psami i kotem mojej rabatki, zakupiłam płotki wiklinowe dla zatrzymania ich pędu, a do tego takiż pojemnik, do wyłożenia folią i zasadzenia jakichś kwiatków, jak szaleć, to szaleć.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, trafiajcie zawsze do swoich gniazd i niech nikt Was tam nie skrzywdzi, dziękuję za pozostawione komentarze, to dla mnie miłe, pa.
W ciągu tych trzech dni zazieleniło się, rozkwitło, porosił mały deszczyk i widziałam stado 8-miu bocianów, lecących do swoich gniazd. Kiedyś były u nas bociany, nawet dwa gniazda, potem wybudowano nową stodołę, ścięto jesiona i starą czereśnię, nie chciały osiedlić się na nowym miejscu, na stodole. W tamtym roku przyleciały, troszeczkę spóźnione małżeństwo bocianie, i zajęły prowizoryczne gniazdo, zaczęły budować, ale jakiś potwór ludzki strzelił z wiatrówki i zabił jednego, ten drugi odleciał, w tym roku kręcą się w pobliżu, może znajdą spokojną przystań.
Kilka klejnocików z mojego ogrodu:
Słoneczne bratki, rozświetlają świat nawet przy pochmurnej pogodzie....
....... żólty przeplata się z fioletem, różne odcienie i stopnie nasycenia koloru....
,... irysy już przekwitają, wydobywają sie na świat poprzez liście jukki, trzmieliny....
,..... samotny pierwiosnek, wysiał się gdzieś zupełnie z boku...
,... fiołki pachną już słodko, a jak zaświeci słońce i powieje leciutki zefirek, zapach unosi się daleko, za domem, w strefie cienia znalazły sobie miejsce zawilce i przylaszczki, nieco dalej miodunka, nikt ich tu nie sadził, nasiona chyba zostały przyniesione z sadzonkami sosny-samosiejki z ugorów Pogórza....
,....a tu kwitnąca gałązka derenia jadalnego, owocuje już obficie, w tamtym roku zebrałam owoce na nalewkę - dereniówkę, własne...
,..... magnolia tylko czeka na znak od słońca, jej piękne kwiaty wyglądają jak bibułkowe motyle przypięte do gałązek, trzeba by wybrać się do arboretum właśnie na czas kwitnienia tych pięknycvh drzew, różne odmiany, kolory, kształty, egzotyczne piękności.....
W świeżo wyczyszczonym oczku rozgościły się żaby, to chyba ropuchy, zaczęły gody i składają skrzek, jak czarne paciorki.
A to już inny klejnocik, obrus lub narzuta, haftowany krzyżykami, wyszperany w szmateksie za całe 4 złote....
,..... inna serweta, delikatne płótno, misterny haft, monogramy, chyba z posagu jakiejś panny, zwróćcie uwagę na datę "1876", kiedy przyniosłam ją do domu, pomyślałam sobie, że to jakaś maszynowa robota, nie zauważyłam jeszcze literek i cyfr, ale potem przywdziałam okular i ukazało się całe piękno tego klejnociku...
,... równiutko kładzione ściegi, ręcznie, nitka koło nitki, wycinane dziureczki, ząbki, czyje cierpliwe i dokładne ręce i oczy wykonały tak misterną pracę, może siostry zakonne z jakiegoś klasztoru uszyły wyprawę pannie?
Na tej starej fotografii jest babcia mojego męża o oryginalnym imieniu Gizela, zdjęcie zrobione chyba w Zaleszczykach, w tle ogromna góra, ten młody żołnierzyk strzelił do siebie następnego dnia, z zawiedzionej miłości, damy w kapeluszach, ta siedząca - to jej siostra, trzyma w rękach pewien przedmiot......
,... srebrna torebeczka balowa, wykonana z łusek zaczepianych na srebrnej siatce, efektowne zapięcie z motywem kwiatów, na łańcuszku z grubego, srebrnego drutu, w środku oryginlna podszewka z irchy, klejnocik jest teraz u mnie jako pamiątka po Buni....
,... i alabastrowy wazonik, nazywany w dzieciństwie przez męża: Pan z Panią, obtłuczona ręka i jakiś przedmiot, który trzymała, w oparciu ławki otwór, do którego można wlać wodę i ustawić kwiaty.
Jestem jeszcze w posiadaniu pamiętnika sekretnego z wpisami z 1920 roku, jakiś żołnierz
szedł na wojnę i też się wpisał, różne wierszyki, zasuszone kwiaty, kiedyś pokażę. Aha, i jeszcze rocznik Płomyka z 1925 roku, pisywali do niego Janina Porazińska, Maria Skłodowska, Ewa Szelburg-nie Zarembina, jakieś inne nazwisko, może drugi raz wyszła za mąż, arcyciekawe zdjęcia, artykuły, korespondencja. Na nową drogę życia dostaliśmy z mężem łyżki, łyżeczki i widelce, ciężkie, niezgrabne, można widelcem migdały wykłuć z gardła, takie długie, właśnie z tych lat. To moje klejnociki.
A dziś robiłam smażony ser, ze "zmądrzałego sera", najlepszy jest ser swojski, lekko posolony i wymieszany z odrobiną sody oczyszczonej, tak na koniec noża, nie wiem po co ona, ale każą dawać w starych przepisach Buni, ma stać kilka dni, dopóki nie zacznie wydzielać specyficznego zapaszku...
,... po tym czasie stawiamy na palnik, dodajemy trochę masła i roztapiamy do postaci lejącej, wcale nie śmierdzi...
,... jeszcze trochę kminku....
,... wbijamy 2-3 jaja....
,... i energicznie pracujemy widelcem, aby nie potworzyły się grudy, do zgęstnienia....
,...smakujemy, można odrobinę dosolić, pyszny na ciepło i na zimno, z żytnim chlebkiem......
,.... a po chwili już tak wygląda zawartość garnka.
Dla ochrony przed psami i kotem mojej rabatki, zakupiłam płotki wiklinowe dla zatrzymania ich pędu, a do tego takiż pojemnik, do wyłożenia folią i zasadzenia jakichś kwiatków, jak szaleć, to szaleć.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, trafiajcie zawsze do swoich gniazd i niech nikt Was tam nie skrzywdzi, dziękuję za pozostawione komentarze, to dla mnie miłe, pa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


