Ano posypuje śnieżek, trochę pusto, ba! powiedziałabym, że nawet dosyć pusto.
Po piątkowym spotkaniu poświątecznym z bracią turystyczną, zaśpiewach do po-północy i kilku godzinach snu szybko zebraliśmy się sobotnim porankiem i pognaliśmy w Bieszczady.
Droga wiodła przez naszą chatkę, gdzie ptaszynkom dosypaliśmy ziaren, i zabraliśmy śpiwory, kijki i buty do wędrówek. Po deszczu wyklarowała się całkiem przyjemna pogoda, dobra widoczność, droga sucha, to i szybko znaleźliśmy się w krainie ładnych widoków ... to widok znad Lutowisk ...
Ani śladu zimy, tylko wysokie góry odrobinę pobielone ... przed Górnymi skręciliśmy na Zatwarnicę, potem doliną nasiczańską przemknęliśmy między połoninami, a z Berehów Górnych to już tylko parę serpentyn i już znaleźliśmy się na Wyżniej Przełęczy ... na wymarłym parkingu ze trzy samochody i my ...
Tutaj troszeczkę więcej śniegu, i widać, że świeży opad ... jak u nas padał deszcz, to tutaj posypało odrobinę ...
Ruszliśmy szlakiem na Połoninę Wetlińską, do schroniska Chatka Puchatka ... błotnista droga, rozjeżdżona przez leśne traktory, z lasu powyciągane ogromne pnie świerkowe ... jak pachnie świeżo ścięte drzewo ...
a potem tzw. końską drogą, kamienistą i ciurkającą płynącymi strumyczkami wody wędrujemy coraz wyżej ...
Jest bardzo przyjemnie, przyświeca słoneczko, a kiedy wydostajemy się ponad granicę lasów, popycha nas huczący górą wiatr ... jest biało, razi słońce, no tak, nie wzięliśmy żadnych okularów, prześwietlenie oczu murowane, już łzy leją się strumyczkami po policzkach, bo i wiatr drażni oczy ...
... przegania chmury przełęczami, przysłania widoki, a od południa ciemne chmury jak w krainie Mordoru ...
Coraz wyżej, coraz wyżej, idzie się całkiem przyjemnie ... to chyba najbardziej ludne miejsce w Bieszczadach w sezonie letnim, walą tędy całe tabuny ludzi ... a my teraz prawie sami, zza obłej wyniosłości wyłania się już dach schroniska ...
... pusto, zamawiamy herbatkę, mąż z "prądem", bo za kierowcę robię dzisiaj ja, a w mojej moczy się cytrynka ... dochodzi jeszcze kilka osób ...
...wychodzimy na grań, wieje jak licho, na północnej stronie widać Kamień Dwernik, pasmo Otrytu, widoki raczej jesienne ...
Wiatr przywiał te chmury z południa, które zazdrośnie przysłoniły widoki, nie było widać ani Caryńskiej, a o gnieździe Tarnicy można pomarzyć ... ruszyliśmy powoli w dół ... dookoła kapało z drzew, płynęło pod nogami, a potem chmury odeszły precz i zobaczyliśmy, prawie już na dole, Caryńską w całej okazałości ...
... podeszliśmy do pomnika Harasymowicza ...
... i inny, poświęcony ludziom, którzy zginęli w górach i ich ratownikom ...
Wędrówka do Chatki Puchatka nie była naszym głównym celem wyjazdu w Bieszczady, to tak tylko przy okazji, bo potem pojechaliśmy do bacówki "Pod Honem" do Cisnej, gdzie odbywał się X karpacki finał WOŚP ... tak, można było rzucić datek do puszki tutaj, na miejscu, i mieć wszystko z głowy ... ale to nie wszystko, na wieczór miał dotrzeć zespół Caryna na nocne koncertowanie ... przyjechali też ludzie z forum bieszczadzkiego ...
Wolontariuszki WOŚP przeprowadzały licytację różnych przedmiotów, gadżetów turystycznych, koszulek, rękodzieła ... nie były to wysokie kwoty, bo młodzież studencka, turyści, ale każdy coś wyniósł z tej imprezy, no i wsparł szczytny cel ... ja wylicytowałam koszulkę termiczną na długi rękaw, przyda się ...
I przyjechali, Caryna stawiła się w pełnym składzie, bo przez jakiś czas ich koncert stał pod znakiem zapytania ...
Wariaci, wariaci ... przyjechali w Bieszczady tylko dla tej chwili, zagrali koncert, od którego robiło się ciepło na sercu, a o północy wyruszyli z powrotem do Łodzi, aby rano stawić się na uczelni, do egzaminów ... wyobrażacie sobie? cudowna atmosfera w bacówce, młodzież ruszyła w tany w tej ciasnocie ...
Przy okazji odśpiewaliśmy "sto lat" dla jubilatów, to Darko i Łukasz z Caryny mieli swoje święto...
... zespół o północy odjechał, a do gitar usiedli inni ... jednego nazywali Pająk, a drugiego Didżej ... o! teraz zaczęła się bardzo klimatyczna część nocy ... śpiewaliśmy dużo piosenek z "krainy łagodności", turystycznych, łemkowskich ... długo w noc rozlegały się śpiewy ...
Jeszcze w nocy ktoś wyszedł na zewnątrz ... i przyniósł: - pada śnieg -...
My już poszliśmy spać, to chyba 2 nad ranem, bacówka jest budynkiem bardzo akustycznym, jeszcze długo słyszałam wyraźnie słowa piosenek ... o, to umiem ... to też ... to też ...
Rankiem biel poraziła prześwietlone, podrażnione oczy ... spadł śnieg ... to widoki z bacówki "Pod Honem" ...
Zjedliśmy ciepłe śniadanie, bo tam dobrze gotują, pożegnaliśmy wspaniałych gospodarzy i uczestników wieczoru ... do zobaczenia!... i wróciliśmy do domu, pełni nowych wrażeń, widoków pod powiekami i cudnych wspomnień ... nie wyobrażacie sobie radości naszych psów, a nie było nas tylko dobę i troszkę ...
A teraz co? napar herbaciany na oczy i ... może by tak powtórzyć jakąś włóczęgę?
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, ciepłe słowa, wszystkiego dobrego, pa!
niedziela, 12 stycznia 2014
piątek, 10 stycznia 2014
Bobry nad Wiarem ...
Zaskakują mnie te stworzenia swoją liczebnością i szybkim zajmowaniem coraz to nowszych ciurków wodnych ... zatrzymaliśmy się chwilę nad Wiarem, żeby poogladać dzieło zniszczenia na brzegach, wśród drzewostanu ... a także majstersztyk ich budowli ...
Zwalone do wody ogromne drzewa, potem zgrabnie okorowane zębami zwierząt, błyszczą świeżą bielą ...
Rzadko kiedy manewr ze zwaleniem pnia w odpowiednią stronę im nie wychodzi ... cwane bestie czekają na dobry wiatr ...
Zajrzałam na forum, opowiadał człowiek, że krótko cieszył się drzewkami gdzieś nad Narwią, nie pomagały żadne siatki, obejmy na pnie drzew ... kiedy nie mógł dostać się do pnia, kopał norę pod korzeniami, pogdryzał główny korzeń i ... to tylko kwestia czasu, kiedy drzewo zwalało się na ziemię.
Coś czuję lekką panikę wśród narodu, bóbr chyba nie ma naturalnych wrogów, no, może samochody, które rozjeżdżają je gdzieś tam, nad Wartą, bo i o tym czytałam ... rozmnaża się w szybkim tempie, zwierzę chronione ... i jest problem, co z tym zrobić? paręnaście lat wstecz cieszyliśmy się, że bobry doskonale zaaklimatyzowały się na różnych terenach, a to znaczy, że środowisko nam się oczyściło ...
Gdzieś tam zaatakował bobra pies wilczur ... trzeba było psa odwieźć do weterynarza na zeszycie wielu ran ... jak daje sobie radę z twardym pniem drzewa, to nie da rady psiej skórze? ...
Zupełnie nie zagłębiam się w temat, to tylko moje pobieżne obserwacje i słucham, co ludzie opowiadają ... włócząc się po różnych terenach tylko patrzę, gdzie bieleją wśród krzaków białe, ogryzione drzewa ... oho! już i tu dotarły ... nawet przy drodze, na Koniuszy, gdzie kiedyś był tylko podmokły teren, czarny bocian tam brodził, a może i sączył się jakiś strumyczek, widzę teraz podniesione do poziomu drogi lustro wody i, oczywiście, białe, obżarte pnie ... czyli pojawiły się i tu, i coś sobie tam zastawiły ...
Pewnie są i dobre strony tego zjawiska ... poprzez zastawianie tam podnosi się nam poziom wód gruntowych ... ludzie ratują się przed zalewaniem pól przez niszczeniem bobrzych tam ... tego też nie wolno robić, potrzebna jest zgoda kogoś z odpowiedniego urzędu ...
Pierwszy raz zobaczyłam tamę bobrową na Potoku Niedźwiedzim w Bieszczadach, byliśmy w "worku bieszczadzkim", wędrowaliśmy do grobu hrabiny ... i do źródeł Sanu ... stałam i patrzyłam jak zaczarowana ... poziom rozlewiska wyższy niż drogi, doskonale utkana patykami tama, i byłam dumna, że mamy bobry w Bieszczadach ...
Ostatnio jechalismy wzdłuż Sanu, i tu nad brzegiem rzeki, bieleją tu i ówdzie zgryzione, białe pnie ... e, tam! - z powątpiewaniem spojrzeliśmy po sobie - chyba nie dadzą rady zbudować tamy w poprzek tak szerokiej rzeki ...
ale kto wie? kto wie?
Pozdrawiam Was serdecznie, z głośnym plaśnięciem szerokiego, bobrowego ogona o lustro wody, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!
A tak, nawiasem mówiąc, chciałabym kiedyś zobaczyć to stworzenie w naturze ... ponoć płochliwe ...
Zwalone do wody ogromne drzewa, potem zgrabnie okorowane zębami zwierząt, błyszczą świeżą bielą ...
Rzadko kiedy manewr ze zwaleniem pnia w odpowiednią stronę im nie wychodzi ... cwane bestie czekają na dobry wiatr ...
Zajrzałam na forum, opowiadał człowiek, że krótko cieszył się drzewkami gdzieś nad Narwią, nie pomagały żadne siatki, obejmy na pnie drzew ... kiedy nie mógł dostać się do pnia, kopał norę pod korzeniami, pogdryzał główny korzeń i ... to tylko kwestia czasu, kiedy drzewo zwalało się na ziemię.
Coś czuję lekką panikę wśród narodu, bóbr chyba nie ma naturalnych wrogów, no, może samochody, które rozjeżdżają je gdzieś tam, nad Wartą, bo i o tym czytałam ... rozmnaża się w szybkim tempie, zwierzę chronione ... i jest problem, co z tym zrobić? paręnaście lat wstecz cieszyliśmy się, że bobry doskonale zaaklimatyzowały się na różnych terenach, a to znaczy, że środowisko nam się oczyściło ...
Gdzieś tam zaatakował bobra pies wilczur ... trzeba było psa odwieźć do weterynarza na zeszycie wielu ran ... jak daje sobie radę z twardym pniem drzewa, to nie da rady psiej skórze? ...
Zupełnie nie zagłębiam się w temat, to tylko moje pobieżne obserwacje i słucham, co ludzie opowiadają ... włócząc się po różnych terenach tylko patrzę, gdzie bieleją wśród krzaków białe, ogryzione drzewa ... oho! już i tu dotarły ... nawet przy drodze, na Koniuszy, gdzie kiedyś był tylko podmokły teren, czarny bocian tam brodził, a może i sączył się jakiś strumyczek, widzę teraz podniesione do poziomu drogi lustro wody i, oczywiście, białe, obżarte pnie ... czyli pojawiły się i tu, i coś sobie tam zastawiły ...
Pewnie są i dobre strony tego zjawiska ... poprzez zastawianie tam podnosi się nam poziom wód gruntowych ... ludzie ratują się przed zalewaniem pól przez niszczeniem bobrzych tam ... tego też nie wolno robić, potrzebna jest zgoda kogoś z odpowiedniego urzędu ...
Pierwszy raz zobaczyłam tamę bobrową na Potoku Niedźwiedzim w Bieszczadach, byliśmy w "worku bieszczadzkim", wędrowaliśmy do grobu hrabiny ... i do źródeł Sanu ... stałam i patrzyłam jak zaczarowana ... poziom rozlewiska wyższy niż drogi, doskonale utkana patykami tama, i byłam dumna, że mamy bobry w Bieszczadach ...
Ostatnio jechalismy wzdłuż Sanu, i tu nad brzegiem rzeki, bieleją tu i ówdzie zgryzione, białe pnie ... e, tam! - z powątpiewaniem spojrzeliśmy po sobie - chyba nie dadzą rady zbudować tamy w poprzek tak szerokiej rzeki ...
ale kto wie? kto wie?
Pozdrawiam Was serdecznie, z głośnym plaśnięciem szerokiego, bobrowego ogona o lustro wody, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!
A tak, nawiasem mówiąc, chciałabym kiedyś zobaczyć to stworzenie w naturze ... ponoć płochliwe ...
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Na zachodzie Pogórza ... cerkiewne perełki ...
Tak, tak, zaraz wróciliśmy do chatki.
Czekała na nas robota przy porządkowaniu obejścia.
Trzeba było spalić wycięte tarniny, suche gałęzie, a pogoda sprzyjała.
Żeby ognisko zapłonęło, trzeba najpierw dać mu zaczątek z suchego drzewa, narobić żaru, a potem ogień "pielęgnować"...
... bo, jak to mówi Janek z góry, tarnina "wiesza się" ... czyli wypala się środek, a nastroszone gałęzie dalej sobie leżą ... a więc podrzucać, dorzucać, zawijać do środka, żeby nie zgasło.
Psy leżały sobie na nagrzanej łące, my spoceni przy ogniu ... momentami myślałam, że już po moich, i tak króciutkich, rzęsach ... wyzbieraliśmy wszystko, wypaliliśmy, a wiatr rozwiał popiół po łące.
Podnosiliśmy zbolałe plecy znad tych gałęzi, ogniska, wystawialiśmy twarze na chłodny wietrzyk i ... patrzyliśmy na te lube sercu widoki ...
Na południu góry za Wiarem, z Suchym Obyczem ... jakoś do tej pory nie potrafię go zlokalizować, może to ta góra? ... a może ta?
Tylko z Kopystańką nie mam żadnych problemów, trwa sobie na zachodzie, wyjątkowa, pogórzańska, lokalna połoninka, z dookólnymi widokami ...
A w sobotę mąż rozpalił w piecu chlebowym, urósł chleb w koszyczku, i ciasto na pieczone pierogi kartoflane, i słodkie ciasto na drożdżówkę z kruszonką ... został mi jeszcze farsz ziemniaczany z kaszą gryczaną i boczkowymi skwarkami, to upiekły się pizze małe, i jeszcze został, to zapiekłam w żeliwnym garnczku, posypane obficie żółtym serem, zrumieniły się pięknie ... dobre to wszystko, że hej!
Wielce pomocnym okazał się pędzel do smarowania, który przyniósł mi aniołek pod choinkę, wraz z innymi, kuchennymi przydasiami ... bardzo cieszą mnie te rzeczy, jak to mówi moja siostra, bardziej od nowej bluzki ... bo my mamy obie hopla na punkcie patelni, garnków, trzepaczek, łopatek ... czyżby to znamiona wieku starczego? :-)
Po południu przycinaliśmy jeszcze odrosty na leszczynach, suche gałęzie starych śliw, gałęzie jabłoniowe, zaatakowane jemiołą, może w końcu uda nam się zwalczyć tego pasożyta.
W niedzielę dowiedzieliśmy się na wzgórzu kalwaryjskim, że sprofanowano kaplice ... ktoś zniszczył obrazy ... mają już sprawcę.
Ponieważ w poniedziałek to też święto, mieliśmy całą niedzielę do wykorzystania, pojechaliśmy w objazd Pogórza, od zachodu tym razem ...
... przemknęliśmy przez rozsłonecznione Rybotycze, nad Wiarem podziwialiśmy budowle bobrów, zwalone ogromne drzewa, są wszędzie ... prawie ... nie ma ich jeszcze na naszym potoku, ale obserwując ich szybkie zajmowanie cieków wodnych, wkrótce pojawią się i u nas ...
Błysnęła za drzewami perełka sztuki cerkiewnej, jedyna taka w Polsce ... cerkiew pw. św. Onufrego ... potem główna trasą na Tyrawę Wołoską, i w prawo, na Tyrawę Solną ... a pamiętasz, jak schodziliśmy tędy ze Słonnego do Hołuczkowa ... a w tym potoku moczyliśmy nogi ... i Maksia chłodziliśmy ...
Przewinęliśmy na drugą stronę Sanu, a potem przez Mrzygłód, i znowu prawa strona ...
Przed nami cerkiew w Dobrej Szlacheckiej ... byliśmy tu któregoś lata parę lat wstecz ... wtedy jeszcze trwała renowacja malowideł ... nie chcieliśmy wchodzić, byliśmy z psem, zmęczeni wędrówką pasmem Wysokiego, w dorodnych pokrzywach ... znaleźliśmy wtedy nieistniejącą już wieś, Lachawę ...
... sympatyczni konserwatorzy zaprosili nas do środka ...
Do dziś czuję ten zapach ... zapach starego drewna, środków konserwujących ... dziś wszystkie prace już zakończone ... a malowidła wykonali Bogdańscy, ojciec i syn, ród ich wywodził się z okolic Kalwarii Pacławskiej ...
Tylko ta stara dzwonnica ... zdaje się być starsza od cerkwi, może i starsza, bo cerkiew zbudowana w 1879 roku na miejscu poprzedniej ... kiedyś, na piętrze, była kaplica z ikonostasem ...
Skierowaliśmy się w stronę Ulucza, to następna perełka ... położona na wzgórzu Dębnik, tylko 300 metrów od parkingu, no! można dostać zadyszki ...
... zaczynamy od kapliczki u podnóża ... a potem ciągną nas psy na smyczach, oj, ta poświąteczna ociężałość! dobrze, że sucho ... węźlaste korzenie, suche liście, a w górze huczy niemożliwie ... znad Bieszczadu wiatry wieją, zmiana pogody ani chybi ...
Oto i ona ... cerkiew w Uluczu ... wysoko, ponad Sanem, nie dochodzą tu za bardzo odgłosy życia, tam, z dołu ... dookoła stare drzewa, nagrobki ... barwinek, bluszcz ... jesteśmy zawieszeni między ziemią a niebem ...
... ostatnio byliśmy tu w innym składzie ... nasz stary Maksio ...
... ileż wspomnień łączy się z tym psem ... ile on z nami przechodził tras ... czasami buntował się, i trzeba było nieść go na rękach ... teraz Miśka i Amik umilają nam wędrówki, te psy to przynajmniej na smyczy umieją chodzić, bo starego Maksia smycz przyprawiała o najwyższe oznaki strachu ... kładł się na drodze, przewracał oczami i przykrywał się przednimi łapkami ... albo chwytał łapkami nogę któregoś z nas, i i tak szedł ...
Te kule pod krzyżami są ceramiczne, chronią belki, na których umieszczono krzyże, przed zamakaniem ...
powstały w Mrzygłodzie, który do powojnia był ośrodkiem garncarskim na Bieszczady, Pogórze Przemyskie i Dynowskie, gliniane garnki wyparły potem naczynia żeliwne ...
Poprzednia wędrówka zakończyła się tutaj, teraz ruszyliśmy zakolem Sanu, przez nieistniejące prawie wsie na prawym brzegu Sanu ...
San, rzeka graniczna pomiędzy Związkiem Sowieckim a Niemcami, a potem w konflikcie polsko-ukraińskim ... San od Sanoka po Dynów uznawany był za naturalną granicę między żywiołem polskim i ukraińskim ... Polaków zmuszano do przesiedlania się na zachodni brzeg, mordami, straszeniem, a Ukraińców na drugą stronę ...
Wsie leżące po obu stronach rzeki powiązane były węzłami sąsiedzkimi, rodzinnymi ... aby uratować dobytek, ocalić życie, gospodarze dogadywali się między sobą, zamieniali zagrodami, zwłaszcza w obliczu żadnej pomocy, znikąd ...
Mijaliśmy ślady dawnych zagród, miejsca po cerkwiach, po drugiej stronie Sanu mknęły samochody ładną drogą, a my turlaliśmy się zniszczonym asfaltem, miejscami szutrówką ... prawa strona rzeki jednak inaczej oddziałuje na człowieka ...
To Wołodź ... i jedyną atrakcją jest zachowana neogotycka kaplica grobowa Trzcińskich - ostanich właścicieli Wołodzia ...
Odbijamy za chwilę w drogę do Birczy, mijamy kopalnię diatomitów w Jaworniku Ruskim ...
Zmyślny to minerał, absorbuje różne wycieki ropopochodne z powierzchni wód ... od południa, znad pasma Krztowa walą chmury, pewnie coś przyniosą ze sobą ... ładnie tu, potężne lasy, drogi serpentynami wspinające się i opadające ...
Jeszcze cerkiewka w Lipie, obok nowego kościoła ... i murowana w Malawie ... pcha się wprost w obiektyw aparatu ...
Tak, te chmury i wiatr przyniosły w nocy opady, krajobraz za oknem zostrzał, wyraziste, brunatniejące trawy, wyraźne zarysy gór, plamy mgły ... rankiem słyszałam jakieś ptaki, kląskające w lesie, zupełnie jak na wiosnę ...
... czas wracać do domu ... mąż odgraża się, że wraca tu jutro ... ja muszę troszkę udzielić się w domu ... stacjonarnym ... nie wiecie? idzie ta wiosna już do nas?
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!
Czekała na nas robota przy porządkowaniu obejścia.
Trzeba było spalić wycięte tarniny, suche gałęzie, a pogoda sprzyjała.
Żeby ognisko zapłonęło, trzeba najpierw dać mu zaczątek z suchego drzewa, narobić żaru, a potem ogień "pielęgnować"...
... bo, jak to mówi Janek z góry, tarnina "wiesza się" ... czyli wypala się środek, a nastroszone gałęzie dalej sobie leżą ... a więc podrzucać, dorzucać, zawijać do środka, żeby nie zgasło.
Psy leżały sobie na nagrzanej łące, my spoceni przy ogniu ... momentami myślałam, że już po moich, i tak króciutkich, rzęsach ... wyzbieraliśmy wszystko, wypaliliśmy, a wiatr rozwiał popiół po łące.
Podnosiliśmy zbolałe plecy znad tych gałęzi, ogniska, wystawialiśmy twarze na chłodny wietrzyk i ... patrzyliśmy na te lube sercu widoki ...
Na południu góry za Wiarem, z Suchym Obyczem ... jakoś do tej pory nie potrafię go zlokalizować, może to ta góra? ... a może ta?
Tylko z Kopystańką nie mam żadnych problemów, trwa sobie na zachodzie, wyjątkowa, pogórzańska, lokalna połoninka, z dookólnymi widokami ...
A w sobotę mąż rozpalił w piecu chlebowym, urósł chleb w koszyczku, i ciasto na pieczone pierogi kartoflane, i słodkie ciasto na drożdżówkę z kruszonką ... został mi jeszcze farsz ziemniaczany z kaszą gryczaną i boczkowymi skwarkami, to upiekły się pizze małe, i jeszcze został, to zapiekłam w żeliwnym garnczku, posypane obficie żółtym serem, zrumieniły się pięknie ... dobre to wszystko, że hej!
Wielce pomocnym okazał się pędzel do smarowania, który przyniósł mi aniołek pod choinkę, wraz z innymi, kuchennymi przydasiami ... bardzo cieszą mnie te rzeczy, jak to mówi moja siostra, bardziej od nowej bluzki ... bo my mamy obie hopla na punkcie patelni, garnków, trzepaczek, łopatek ... czyżby to znamiona wieku starczego? :-)
Po południu przycinaliśmy jeszcze odrosty na leszczynach, suche gałęzie starych śliw, gałęzie jabłoniowe, zaatakowane jemiołą, może w końcu uda nam się zwalczyć tego pasożyta.
W niedzielę dowiedzieliśmy się na wzgórzu kalwaryjskim, że sprofanowano kaplice ... ktoś zniszczył obrazy ... mają już sprawcę.
Ponieważ w poniedziałek to też święto, mieliśmy całą niedzielę do wykorzystania, pojechaliśmy w objazd Pogórza, od zachodu tym razem ...
... przemknęliśmy przez rozsłonecznione Rybotycze, nad Wiarem podziwialiśmy budowle bobrów, zwalone ogromne drzewa, są wszędzie ... prawie ... nie ma ich jeszcze na naszym potoku, ale obserwując ich szybkie zajmowanie cieków wodnych, wkrótce pojawią się i u nas ...
Błysnęła za drzewami perełka sztuki cerkiewnej, jedyna taka w Polsce ... cerkiew pw. św. Onufrego ... potem główna trasą na Tyrawę Wołoską, i w prawo, na Tyrawę Solną ... a pamiętasz, jak schodziliśmy tędy ze Słonnego do Hołuczkowa ... a w tym potoku moczyliśmy nogi ... i Maksia chłodziliśmy ...
Przewinęliśmy na drugą stronę Sanu, a potem przez Mrzygłód, i znowu prawa strona ...
Przed nami cerkiew w Dobrej Szlacheckiej ... byliśmy tu któregoś lata parę lat wstecz ... wtedy jeszcze trwała renowacja malowideł ... nie chcieliśmy wchodzić, byliśmy z psem, zmęczeni wędrówką pasmem Wysokiego, w dorodnych pokrzywach ... znaleźliśmy wtedy nieistniejącą już wieś, Lachawę ...
... sympatyczni konserwatorzy zaprosili nas do środka ...
Do dziś czuję ten zapach ... zapach starego drewna, środków konserwujących ... dziś wszystkie prace już zakończone ... a malowidła wykonali Bogdańscy, ojciec i syn, ród ich wywodził się z okolic Kalwarii Pacławskiej ...
Tylko ta stara dzwonnica ... zdaje się być starsza od cerkwi, może i starsza, bo cerkiew zbudowana w 1879 roku na miejscu poprzedniej ... kiedyś, na piętrze, była kaplica z ikonostasem ...
Skierowaliśmy się w stronę Ulucza, to następna perełka ... położona na wzgórzu Dębnik, tylko 300 metrów od parkingu, no! można dostać zadyszki ...
... zaczynamy od kapliczki u podnóża ... a potem ciągną nas psy na smyczach, oj, ta poświąteczna ociężałość! dobrze, że sucho ... węźlaste korzenie, suche liście, a w górze huczy niemożliwie ... znad Bieszczadu wiatry wieją, zmiana pogody ani chybi ...
Oto i ona ... cerkiew w Uluczu ... wysoko, ponad Sanem, nie dochodzą tu za bardzo odgłosy życia, tam, z dołu ... dookoła stare drzewa, nagrobki ... barwinek, bluszcz ... jesteśmy zawieszeni między ziemią a niebem ...
... ostatnio byliśmy tu w innym składzie ... nasz stary Maksio ...
... ileż wspomnień łączy się z tym psem ... ile on z nami przechodził tras ... czasami buntował się, i trzeba było nieść go na rękach ... teraz Miśka i Amik umilają nam wędrówki, te psy to przynajmniej na smyczy umieją chodzić, bo starego Maksia smycz przyprawiała o najwyższe oznaki strachu ... kładł się na drodze, przewracał oczami i przykrywał się przednimi łapkami ... albo chwytał łapkami nogę któregoś z nas, i i tak szedł ...
Te kule pod krzyżami są ceramiczne, chronią belki, na których umieszczono krzyże, przed zamakaniem ...
powstały w Mrzygłodzie, który do powojnia był ośrodkiem garncarskim na Bieszczady, Pogórze Przemyskie i Dynowskie, gliniane garnki wyparły potem naczynia żeliwne ...
Poprzednia wędrówka zakończyła się tutaj, teraz ruszyliśmy zakolem Sanu, przez nieistniejące prawie wsie na prawym brzegu Sanu ...
San, rzeka graniczna pomiędzy Związkiem Sowieckim a Niemcami, a potem w konflikcie polsko-ukraińskim ... San od Sanoka po Dynów uznawany był za naturalną granicę między żywiołem polskim i ukraińskim ... Polaków zmuszano do przesiedlania się na zachodni brzeg, mordami, straszeniem, a Ukraińców na drugą stronę ...
Wsie leżące po obu stronach rzeki powiązane były węzłami sąsiedzkimi, rodzinnymi ... aby uratować dobytek, ocalić życie, gospodarze dogadywali się między sobą, zamieniali zagrodami, zwłaszcza w obliczu żadnej pomocy, znikąd ...
Mijaliśmy ślady dawnych zagród, miejsca po cerkwiach, po drugiej stronie Sanu mknęły samochody ładną drogą, a my turlaliśmy się zniszczonym asfaltem, miejscami szutrówką ... prawa strona rzeki jednak inaczej oddziałuje na człowieka ...
To Wołodź ... i jedyną atrakcją jest zachowana neogotycka kaplica grobowa Trzcińskich - ostanich właścicieli Wołodzia ...
Odbijamy za chwilę w drogę do Birczy, mijamy kopalnię diatomitów w Jaworniku Ruskim ...
Zmyślny to minerał, absorbuje różne wycieki ropopochodne z powierzchni wód ... od południa, znad pasma Krztowa walą chmury, pewnie coś przyniosą ze sobą ... ładnie tu, potężne lasy, drogi serpentynami wspinające się i opadające ...
Jeszcze cerkiewka w Lipie, obok nowego kościoła ... i murowana w Malawie ... pcha się wprost w obiektyw aparatu ...
Tak, te chmury i wiatr przyniosły w nocy opady, krajobraz za oknem zostrzał, wyraziste, brunatniejące trawy, wyraźne zarysy gór, plamy mgły ... rankiem słyszałam jakieś ptaki, kląskające w lesie, zupełnie jak na wiosnę ...
... czas wracać do domu ... mąż odgraża się, że wraca tu jutro ... ja muszę troszkę udzielić się w domu ... stacjonarnym ... nie wiecie? idzie ta wiosna już do nas?
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!
środa, 1 stycznia 2014
Pogórzańskie dyrdymałki ...
Kiedy w sobotnie południe wysiadłam pod chatką, uderzyło mnie coś niespodziewanego ... ciepło ... od ścian chatki, od stromizny podwórka, nachylonego do słońca.
W chatce zimno, a na zewnątrz temperatury iście wiosenne ... więc szybkie rozpalenie w piecu i obchód włości ... trzeba wykorzystać łaskawość aury i obstalować roboty na poniedziałek.
Spotkaliśmy sąsiada "powyższego", wypalał wycięte zakrzaczenia ... postaliśmy chwilę, wymieniliśmy się wiadomościami ... psy szczęśliwe hasały po łąkach ... zauważyłam, że coraz większe połacie zajmuje widłak ...
Wichura zwaliła połowę czereśni i śliwkę w sadzie, trzeba uporządkować te wiatrołomy, grubsze polana do palenia, a gałęzie drobne w ognisko, tak jak sąsiad.
Przeszliśmy nasze włości aż do samego potoku, słońce już zachodziło, psy zmachane solidnie, tylko jęzory wiszą ...
Za chwilę skończy się stary rok, a my na tarasie, jak za najlepszych, ciepłych wieczorów ... nie chce się nam jeszcze zamykać w środku chatki ... co prawda, ptasie koncerty zakończyły się, ale można posłuchać ciszy ...
Ja wyskoczyłam jeszcze na podwórze, bo coś dziwnie niebieskiego prześwitywało przez bezlistny las, może to chmury idą?
Nie, to Kanasin na tle zachodniego nieba przybrał taką barwę ... rzadko udaje mi się obserwować taki kolor gór, bo albo zamglenia rozmazują obraz, albo przegapiam ten moment ...
Wieczorem zajrzeli do nas Janek z Haneczką, ci z "góry" ... przyszli podzielić się radosną wiadomością ... dziadkami zostali.
Porządkowe prace pomieszał nam trochę malowniczy szron, który pokrył okolicę ... najpierw zobaczyłam mgłę, gęstą jak mleko, a potem drzewa w białej okiści ...
Leśnym ludziom wcale nie przeszkadza taka pogoda, skoro świt już poturlały się po pagórach ciężkie traktory z ludźmi, do oczyszczania zapotocznego lasu ... przedtem to była ostoja zwierza wszelakiego, a teraz gdzie się schowają, skoro stoją tylko pojedyncze, duże drzewa, a wszędzie łyso ...
Ruszyliśmy i my, skoro tylko słońce odrobinę wyjrzało zza białych chmur ... mąż wyciął piłą grube gałęzie, ja odrzucałam pieńki, a potem wzięliśmy się za pas tarniny, który zaburzał linię naszej łąki i nie podobał się urzędnikom z agencji ... niewdzięczna to praca, bo oprócz ogromnych cierni, wbijających się znienacka, krzaki splątane były czuprynami, że ciężko było oddzielić jedno od drugiego ...
Nie wycinaliśmy wszystkiego, tak sobie pomyślałam, że urzędnicy dbają o derkacze, każą późno kosić, najlepiej od środka, łąki, a co mają zrobić inne ptaszki ... muszą gdzieś zakładać gniazda, jeść w zimie owoce, schronić się przed zagrożeniem ... zostawiliśmy sporo krzaków na pograniczu łąk, naszej i sąsiedzkiej ...
Dziś już nie było śladu po szronie, wszystko wyschło, jutro pojedziemy wypalić te kolczaste góry gałęzi ...
Przylatuje dużo ptaków do karmnika, sikorki bogatki i ubogie, czarnogłówki i modre, a nawet sosnówki, malutkie jak orzeszki ... korę drzew przepatruje pełzacz, do wklejonego smalcu zaglądają dzięcioły, duży, średni i zielony ... tylko czarny trzyma się z daleka ... przylatują grubodzioby, rozsiadające się w karmniku na dłużej, tylko łupki słonecznika wylatują z mocnego dzioba, tak samo dzwońce awanturne, a nawet para mazurków, których nigdy u nas nie widziałam ... sójki też przylatują do smalcu, ale one takie pazerne, zachłannie wyrywają po sporym kawałku i odlatują, nie to, co dzięcioły ... te delikatnie wydziobują, wycierają dziób, potem zjadają, to co zostało ...
Szopka u szczytu chatki coraz bardziej zabudowywana przez gliniane buły ... jedne z zeszłych lat, już opuszczone przez owady, o czym świadczą dziurki, inne zasklepione ... to tegoroczne ... kopułka przewiązana takie buduje, jak orzekli znawcy tematu ... nie ruszam im tych budowli.
Wiosenna aura obudziła też motyle, nie wypuszczę ich na zewnątrz, bo zginą ... dostały ode mnie po kropli malinowej herbatki ...
Zakupiliśmy nowiuśką książkę pana Krycińskiego ...
... a także wydawnictwo przemyskiego muzeum ...
...przecież przyjdzie w końcu zima i będzie co czytać w długie wieczory.
Huczny wieczór sylwestrowy przespaliśmy jak aniołki, bo wysiłek fizyczny bardzo dobrze robi na spanie.
Na powrocie wdepnęłam jeszcze do szpitala odwiedzić brata, wyznaczyli mu termin kolejnej chemii na samego sylwestra i nie ma zmiłuj się, a tam była już siostra z mężem, troszkę mu będzie weselej ... smutny to oddział, snują się ludzkie cienie z kroplówkami, do żył spływaja kolejne worki płynów, przenikliwe dzwonki dają znać, że kończy się kroplówka ... cieszmy się zdrowiem, doceńmy to i szanujmy ...
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, życzenia, wszystkiego dobrego, pa!
W chatce zimno, a na zewnątrz temperatury iście wiosenne ... więc szybkie rozpalenie w piecu i obchód włości ... trzeba wykorzystać łaskawość aury i obstalować roboty na poniedziałek.
Spotkaliśmy sąsiada "powyższego", wypalał wycięte zakrzaczenia ... postaliśmy chwilę, wymieniliśmy się wiadomościami ... psy szczęśliwe hasały po łąkach ... zauważyłam, że coraz większe połacie zajmuje widłak ...
Wichura zwaliła połowę czereśni i śliwkę w sadzie, trzeba uporządkować te wiatrołomy, grubsze polana do palenia, a gałęzie drobne w ognisko, tak jak sąsiad.
Przeszliśmy nasze włości aż do samego potoku, słońce już zachodziło, psy zmachane solidnie, tylko jęzory wiszą ...
Za chwilę skończy się stary rok, a my na tarasie, jak za najlepszych, ciepłych wieczorów ... nie chce się nam jeszcze zamykać w środku chatki ... co prawda, ptasie koncerty zakończyły się, ale można posłuchać ciszy ...
Ja wyskoczyłam jeszcze na podwórze, bo coś dziwnie niebieskiego prześwitywało przez bezlistny las, może to chmury idą?
Nie, to Kanasin na tle zachodniego nieba przybrał taką barwę ... rzadko udaje mi się obserwować taki kolor gór, bo albo zamglenia rozmazują obraz, albo przegapiam ten moment ...
Wieczorem zajrzeli do nas Janek z Haneczką, ci z "góry" ... przyszli podzielić się radosną wiadomością ... dziadkami zostali.
Porządkowe prace pomieszał nam trochę malowniczy szron, który pokrył okolicę ... najpierw zobaczyłam mgłę, gęstą jak mleko, a potem drzewa w białej okiści ...
Leśnym ludziom wcale nie przeszkadza taka pogoda, skoro świt już poturlały się po pagórach ciężkie traktory z ludźmi, do oczyszczania zapotocznego lasu ... przedtem to była ostoja zwierza wszelakiego, a teraz gdzie się schowają, skoro stoją tylko pojedyncze, duże drzewa, a wszędzie łyso ...
Ruszyliśmy i my, skoro tylko słońce odrobinę wyjrzało zza białych chmur ... mąż wyciął piłą grube gałęzie, ja odrzucałam pieńki, a potem wzięliśmy się za pas tarniny, który zaburzał linię naszej łąki i nie podobał się urzędnikom z agencji ... niewdzięczna to praca, bo oprócz ogromnych cierni, wbijających się znienacka, krzaki splątane były czuprynami, że ciężko było oddzielić jedno od drugiego ...
Nie wycinaliśmy wszystkiego, tak sobie pomyślałam, że urzędnicy dbają o derkacze, każą późno kosić, najlepiej od środka, łąki, a co mają zrobić inne ptaszki ... muszą gdzieś zakładać gniazda, jeść w zimie owoce, schronić się przed zagrożeniem ... zostawiliśmy sporo krzaków na pograniczu łąk, naszej i sąsiedzkiej ...
Dziś już nie było śladu po szronie, wszystko wyschło, jutro pojedziemy wypalić te kolczaste góry gałęzi ...
Przylatuje dużo ptaków do karmnika, sikorki bogatki i ubogie, czarnogłówki i modre, a nawet sosnówki, malutkie jak orzeszki ... korę drzew przepatruje pełzacz, do wklejonego smalcu zaglądają dzięcioły, duży, średni i zielony ... tylko czarny trzyma się z daleka ... przylatują grubodzioby, rozsiadające się w karmniku na dłużej, tylko łupki słonecznika wylatują z mocnego dzioba, tak samo dzwońce awanturne, a nawet para mazurków, których nigdy u nas nie widziałam ... sójki też przylatują do smalcu, ale one takie pazerne, zachłannie wyrywają po sporym kawałku i odlatują, nie to, co dzięcioły ... te delikatnie wydziobują, wycierają dziób, potem zjadają, to co zostało ...
Szopka u szczytu chatki coraz bardziej zabudowywana przez gliniane buły ... jedne z zeszłych lat, już opuszczone przez owady, o czym świadczą dziurki, inne zasklepione ... to tegoroczne ... kopułka przewiązana takie buduje, jak orzekli znawcy tematu ... nie ruszam im tych budowli.
Wiosenna aura obudziła też motyle, nie wypuszczę ich na zewnątrz, bo zginą ... dostały ode mnie po kropli malinowej herbatki ...
Zakupiliśmy nowiuśką książkę pana Krycińskiego ...
... a także wydawnictwo przemyskiego muzeum ...
...przecież przyjdzie w końcu zima i będzie co czytać w długie wieczory.
Huczny wieczór sylwestrowy przespaliśmy jak aniołki, bo wysiłek fizyczny bardzo dobrze robi na spanie.
Na powrocie wdepnęłam jeszcze do szpitala odwiedzić brata, wyznaczyli mu termin kolejnej chemii na samego sylwestra i nie ma zmiłuj się, a tam była już siostra z mężem, troszkę mu będzie weselej ... smutny to oddział, snują się ludzkie cienie z kroplówkami, do żył spływaja kolejne worki płynów, przenikliwe dzwonki dają znać, że kończy się kroplówka ... cieszmy się zdrowiem, doceńmy to i szanujmy ...
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, życzenia, wszystkiego dobrego, pa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




