Po mocno zajętym czasie umyśliliśmy sobie z mężem, że pojedziemy troszkę zmienić krajobrazy ... do Rumunii. Na dni parę, tak ze 3-4, bo na więcej obowiązki nie pozwalają. Szybkie spakowanie sprzętu turystycznego, który zawsze na nas czeka w skrzyni posagowej mojej mamy, jakieś kanapki na drogę i ... znowu ta koszmarna pobudka w środku nocy. Ale mocna kawa stawia na nogi, noc jest jasna, rozgwieżdżona i bardzo zimna ... zapuściliśmy się w remontowaną drogę do Arłamowa, i owszem, stoją znaki, że zamknięta, ale przecież nikt nie pracuje w nocy ... a jednak nie przejechaliśmy, w poprzek stanęła maszyna do rozkładania asfaltu, na całą szerokość drogi ... Nie lubimy zawracać, zawsze to budzi w człowieku jakieś obawy, że źle się zaczyna podróż ...
W nocy tyle zwierząt wychodzi na drogę, przemykają dostojne jelenie, patrzą ciekawe sarny, łanie, ale dzików jest zatrzęsienie ... przebiegają drogę stadami, dorosłe osobniki, młodsze, ogonki zadarte do góry, długie pyski ... jeden buchtował przy drodze, wcale nie bał się, stary, posiwiały, widać było białe, potężne szabliska ... oddalił się tylko parę metrów ...
Przejechaliśmy Beskid Niski, grzecznie przez Słowację, bo tam tylko dybią na nieostrożnych kierowców, żeby zapłacili "pokutę" ... daleko od ruchliwych traktów, bokiem, przez Wielkie Kapuszany, Kralovsky Chlmec kierowaliśmy się na węgierską Kisvardę, żeby tam przejechać przez Cisę ... Słowacka prowincja, potem węgierska ... ciemne twarze, czarne jak węgiel włosy, o tej porze autobus zbierał dzieci do szkoły ... potem dorośli szli do prac, widać, że dorywczo ... kobiety z miotłami, grabiami sprzątają, mężczyźni przy pracach drogowych ... kiepsko pracują, jeden kopie, pięciu stoi obok i obserwuje, albo siedzą w rowie i nic nie robią ...
Zrobiliśmy sobie przerwę na śniadanie nad jakimś zbiornikiem wodnym, pogoda piękna, coraz cieplej, bo jak wyjeżdżalismy od siebie, to temperatura była w granicach 4-5 stopni ... cieszymy się, że w górach będzie dobra widoczność, po drodze zwiedzimy ogrody w Jibou, monastyry, nocleg w cabanie w górach, bo zimno... wyszukałam sobie różne ciekawostki, które można zobaczyć, urozmaicona trasa ...
Już granica rumuńska, wspólna odprawa węgiersko-rumuńska ogranicza się do obejrzenia paszportów, głębokiego spojrzenia w oczy ... Maria Elzbieta? ... tak! ... jechać dalej ...
Mąż ruszył spod budki celników ... o matko kochana, co to? ... za nami kłęby czarnego dymu, jakby "czołg" się palił, coś zaklekotało w silniku i przestał jechać ... stanęliśmy w zatoczce na przejściu granicznym ... ponawia próbę, to samo ... spojrzeliśmy na siebie, w oczach przestrach, co my zrobimy? jak tu dogadać się bez znajomości rumuńskiego języka? ... tak daleko od domu, co my zrobimy? ...
Mąż podniósł maskę, olej w porządku, nic nie kapie, nie przegrzane ... spróbuj, Maryś, zapalić i przygazować ... jakby się uspokoiło z tym dymieniem, i "czołg" zaczął jechać ...
Nie ma mowy, żeby ruszać w takim stanie w głębokie góry, i w ogóle do Rumunii, bo co, jak gdzieś nas uziemi awaria? ... szybka decyzja, zawracamy, i żeby tylko dojechać do kraju bodaj ...
Więc znowu szybka odprawa w drugą stronę i już jedziemy z powrotem ... nici z naszej radości, z wyprawy, a tu jeszcze obawa, żeby nie stanąć gdzieś po drodze ... z każdym kilometrem zbliżamy się do upragnionego domu, w "czołgu" jakby nic się nie dzieje, ale ja boję się nawet zgasić silnik podczas tankowania ... zapalił, jedziemy dalej ... już Medzilaborce, za chwilkę Radoszyce ... oddychamy z ulgą, i przejeżdżamy jeszcze kawałek Bieszczadów, do Przysłupia na pstrąga ... ten stres wyssał z nas siły, i bardzo zgłodnieliśmy ... walnęliśmy z 800 km na darmo ...
Tu cudny Beski Niski, przez brudną szybę "czołgu", już na powrocie ... liście powoli żółknieją ...
... i troszkę widoków połoninnych ... Smerek z Przysłupia ...
... chatka na Wetlińskiej ...
... widoki z serpentyn na Wetlińskiej ...
Tylko tyle zdjęć z tej nieudanej, rumuńskiej wyprawy ... zdjęcia Bieszczadów, o ironio! ...
Mąż właśnie wrócił od mechanika, przytkał się jakiś zaworek - tu rzucił nazwę, akuratnie wtedy ... dlatego rzuciło czarnym dymem, coś się odblokowało, ustabilizowało i dojechaliśmy do domu ... nic nie trzeba wymieniać, "czołg" jeździ dobrze ... i nic się nie dzieje, dacie wiarę?
A jak ktoś pyta, co tu robimy, bo mieliśmy być w Rumunii od wczoraj, to odpowiadamy, że mieliśmy taką fantazję zjeść kanapkę na śniadanie nad granicą rumuńską ... z żalem wielkim, bo mogliśmy dziś łazić po górach Parang, patrzeć na Fogarasze, podziwiać malowidła starych monastyrów ...
Ale nic straconego! wybieramy się tam w przyszłym tygodniu, oby pogoda dopisała i nie czekały nas niespodzianki z autem ...
Pozdrawiam Was pogórzańskimi zimowitami, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!
czwartek, 18 września 2014
poniedziałek, 15 września 2014
Te chwile są z nami ...
Tak sobie jechałam w zeszłym tygodniu do naszego sklepiku, i wsłuchałam się w słowa piosenki Kamila Bednarka "Cisza" ... jakoś tak bardzo mi przypasowały ...
Ostatnie tygodnie minęły mi bardzo szybko, a wydarzyło się wiele ... przetoczyła się przez nas machina systemu skarbowego, bardzo to stresujące przeżycie, ale trafiliśmy na mądrą i kulturalną osobę, i jakoś przebrnęliśmy wspólnie przez zestawienia, słupki, liczby ... potem mąż spotkał na swojej drodze w zakręcie ciężarówkę ze składem drzewa ... dobrze, że dobry anioł czuwał nad nim i zdążył wjechać na przepust nad głębokim rowem, rozbił tylko kawałek auta ...
Dziękować Bogu, nikomu nic się nie stało, a auto się wyklepie.
Potem zjechał na urlop "wyspiarski" syn, bo szykowały nam sie w domu chrzciny naszego Jaśka, a on był ojcem chrzestnym ... szykowaliśmy przyjęcie, remontowaliśmy taras, żeby goście mieli gdzie odetchnąć, a mnie przypadło w udziale malowanie wielkiej ilości desek przez parę dni.
Najgłówniejsza osoba całego zamieszania najpierw z niewielką cierpliwością dała się ubrać w odświętne szatki ...
... ta skrzywiona mina nie wróży nic dobrego, nawet atłasowa muszka pod szyją niewiele pomaga ... babcia i prababcia zabawiały jak mogły ... potem spotkały się nasze rodziny, trzy prababcie, dziadkowie w komplecie, przyjaciele naszej młodzieży ...
... i nasz "batiar", Jan Aleksander, został ochrzczony.
Dał popis wielkiego wrzasku, a głos miał donośny bardzo ...
... po czym, po przyjeździe do domu jak zasnął, tak spał do wieczora.
A my świętowaliśmy sobie, pogoda dopisała, więc większość czasu przesiedzieliśmy w ogrodzie ... a Jaśko dalej spał sobie przy nas ...
Jeszcze później zjechał do nas kolega syna, z którym kiedyś zaczynał pracę na wyspach ... za nim spory kawałek drogi, bo tak po prawdzie to od nas jest wszędzie daleko ...
... nakarmiliśmy go, chłopcy posiedzieli jeszcze chwilę, spakowali swoje kufry, przywdziali zbroje i hełmy, i ruszyli na wieczór do chatki pogórzańskiej ...
... bo tam mieli punkt wypadowy po Bieszczadach, Beskidzie, Pogórzu ...
Zadudniły silniki ... poszli, a za nimi niejedno westchnienie uleciało ... ej! też byśmy tak chcieli ... a moje matczyne serce zawsze ściska przestrach, choć mi tłumaczą, że bezpiecznie, że wszędzie może coś się wydarzyć ... i pewnie mnie nie przekonają ...
Był też i wypad do lasu na grzybobranie ...
Piękny ten borowik, prawda?
Niestety, omalże sam nie wyszedł spod drzewa, tyle miał mieszkańców, i oczywiście poszedł na zaszczepienie gleby ... ani jeden borowik z tego kosza nie był zdrowy, tylko kanie usmażyliśmy, a zajączki poszły do ususzenia ...
W domu teraz cicho, syn już wyjechał, Jaśko gaworzy, albo ostro protestuje ... albo śpi na tarasie w szumach wiatru ... teraz czas spokojnej jesieni ...
A ja znów w klamociarni zrobiłam sobie malutką przyjemność ...
... wieszaczek na świeczki z koralików w miodowym kolorze ...
... i kubeczek, jak zielnik, z roślinami od nasionka po kwiat ...
... i lampionik bardzo ciekawy ... w środku osobny pojemnik z motywem latarni morskiej i mewami ... palący się płomyczek wyświetla obraz na zewnętrznej osłonce, który do tego porusza się, w zależności od pełgającego ognika ... namiastka morza ...
Na starych krzesłach, przywiezionych ze strychu mojej teściowej, przyuważyłam taką nalepkę ...
... jejku! one mają sto lat ... dębowe, gięte, wygodne i bardzo poręczne ... tylko zmienić im obicia, i będą służyć nam jeszcze długo ... thonetowskie krzesła, jeszcze Buni ...
Pogórze w mgłach porannych i w deszczach, trzeba szykować się do zimy, układać ściany z polan na tarasie, żeby było blisko do opału, kiedy zaduje śniegiem dojście pod dach ...
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!
Ostatnie tygodnie minęły mi bardzo szybko, a wydarzyło się wiele ... przetoczyła się przez nas machina systemu skarbowego, bardzo to stresujące przeżycie, ale trafiliśmy na mądrą i kulturalną osobę, i jakoś przebrnęliśmy wspólnie przez zestawienia, słupki, liczby ... potem mąż spotkał na swojej drodze w zakręcie ciężarówkę ze składem drzewa ... dobrze, że dobry anioł czuwał nad nim i zdążył wjechać na przepust nad głębokim rowem, rozbił tylko kawałek auta ...
Dziękować Bogu, nikomu nic się nie stało, a auto się wyklepie.
Potem zjechał na urlop "wyspiarski" syn, bo szykowały nam sie w domu chrzciny naszego Jaśka, a on był ojcem chrzestnym ... szykowaliśmy przyjęcie, remontowaliśmy taras, żeby goście mieli gdzie odetchnąć, a mnie przypadło w udziale malowanie wielkiej ilości desek przez parę dni.
Najgłówniejsza osoba całego zamieszania najpierw z niewielką cierpliwością dała się ubrać w odświętne szatki ...
... ta skrzywiona mina nie wróży nic dobrego, nawet atłasowa muszka pod szyją niewiele pomaga ... babcia i prababcia zabawiały jak mogły ... potem spotkały się nasze rodziny, trzy prababcie, dziadkowie w komplecie, przyjaciele naszej młodzieży ...
... i nasz "batiar", Jan Aleksander, został ochrzczony.
Dał popis wielkiego wrzasku, a głos miał donośny bardzo ...
... po czym, po przyjeździe do domu jak zasnął, tak spał do wieczora.
A my świętowaliśmy sobie, pogoda dopisała, więc większość czasu przesiedzieliśmy w ogrodzie ... a Jaśko dalej spał sobie przy nas ...
Jeszcze później zjechał do nas kolega syna, z którym kiedyś zaczynał pracę na wyspach ... za nim spory kawałek drogi, bo tak po prawdzie to od nas jest wszędzie daleko ...
... nakarmiliśmy go, chłopcy posiedzieli jeszcze chwilę, spakowali swoje kufry, przywdziali zbroje i hełmy, i ruszyli na wieczór do chatki pogórzańskiej ...
... bo tam mieli punkt wypadowy po Bieszczadach, Beskidzie, Pogórzu ...
Zadudniły silniki ... poszli, a za nimi niejedno westchnienie uleciało ... ej! też byśmy tak chcieli ... a moje matczyne serce zawsze ściska przestrach, choć mi tłumaczą, że bezpiecznie, że wszędzie może coś się wydarzyć ... i pewnie mnie nie przekonają ...
Był też i wypad do lasu na grzybobranie ...
Piękny ten borowik, prawda?
Niestety, omalże sam nie wyszedł spod drzewa, tyle miał mieszkańców, i oczywiście poszedł na zaszczepienie gleby ... ani jeden borowik z tego kosza nie był zdrowy, tylko kanie usmażyliśmy, a zajączki poszły do ususzenia ...
W domu teraz cicho, syn już wyjechał, Jaśko gaworzy, albo ostro protestuje ... albo śpi na tarasie w szumach wiatru ... teraz czas spokojnej jesieni ...
A ja znów w klamociarni zrobiłam sobie malutką przyjemność ...
... wieszaczek na świeczki z koralików w miodowym kolorze ...
... i kubeczek, jak zielnik, z roślinami od nasionka po kwiat ...
... i lampionik bardzo ciekawy ... w środku osobny pojemnik z motywem latarni morskiej i mewami ... palący się płomyczek wyświetla obraz na zewnętrznej osłonce, który do tego porusza się, w zależności od pełgającego ognika ... namiastka morza ...
Na starych krzesłach, przywiezionych ze strychu mojej teściowej, przyuważyłam taką nalepkę ...
... jejku! one mają sto lat ... dębowe, gięte, wygodne i bardzo poręczne ... tylko zmienić im obicia, i będą służyć nam jeszcze długo ... thonetowskie krzesła, jeszcze Buni ...
Pogórze w mgłach porannych i w deszczach, trzeba szykować się do zimy, układać ściany z polan na tarasie, żeby było blisko do opału, kiedy zaduje śniegiem dojście pod dach ...
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Ostatnie słodkości lata ...
To było ostatnie miodobranie w tym roku.
Piątkowa pogoda była iście letnia, mimo, że noce już chłodne.
W ulach, które były najbardziej mnogie i ruchliwe, po przeglądzie okazało się, że jeszcze w plastrach jest mnóstwo miodu ...
Prześwietlona słońcem ramka jest złocista, w oczkach błyszczą słodkie krople, a zapachu nie potrafię opisać ... zapach pszczelego wosku zmieszany ze słodkim zapachem wielu kwiatów, przyniesionych z nektarem ... patrząc na taką ramkę myślę sobie, ileż tu trzeba było pracy tego pszczelego bractwa, ile wypraw, oblotów, trudu ... nie wzięło się znikąd określenie "pracowity jak pszczółka"...
Ramki przed odwirowaniem są "odsklepiane", to moja robota ... specjalną łopatką-grzebieniem zdejmuję poszycie z wosku, które zdążyły już zrobić pszczoły, a ponieważ jest to wszystko zmieszane z miodem, odsysam słodkości na bieżąco, miód drapie mnie po gardle, bo to ostra słodycz ... taki smak zapamiętałam z dzieciństwa ... smak wosku i miodu ...
Potem ramki wkładane są do wirówki, którą dostaliśmy od Agaty R.... ulepszonej, bo sprzęt dostał silniczek, nie trzeba kręcić korbą ...
... wirowanie z jednej strony, potem z drugiej, i plaster wychodzi prawie suchy, a na dnie zbiera się złocisty miód ... z drobinami wosku, ale wszystko jest przelewane przez sito ...
Mąż to taki pomysłowy Dobromir, zrobił sobie transportówkę do przewożenia ramek, bo pełne są dosyć ciężkie ... paka ze sklejki, pod wymiar ...
... wszystko przykryte białym płótnem, żeby odciąć zapachy i żeby pszczoły nie leciały odbierać swojego ...
i tak przylatują, siadają na ramki, a jeśli gdzieś spadnie słodka kropla, wszystko zanoszą z powrotem do ula ... wszak zima idzie, trzeba zapewnić sobie jej przeżycie ...
A po zrabowaniu im słodkich zapasów dokarmiamy je jakąś gotową, gęstą miksturą, z witaminami, lekarstwami, co tydzień.
Koniecznie trzeba nam zbudować pomieszczenie gospodarcze na sprzęt pszczelarski, bo w tej chwili chatka jest do połowy zawalona tymi różnościami, bo trzeba gdzieś je przechowywać ... domek będzie też z miejscem pod dachem na moje narzędzia ogrodnicze, i z małą werandką do posiedzenia, bo będę chodzić w gości do pszczelarza ...
Od Janka "z góry" dostaliśmy starą podkurzaczkę do uli ...
... i taki pojemnik drewniany z dłubanego pnia ... to już pójdzie na wyposażenie domku pszczelego, niech też złapie "stary" klimat.
Oglądalismy też pączki lipy po okulizacji, tylko jeden zbrązowiał i nie przyjął się, reszta jest zielona i ma się całkiem dobrze ... poczekamy do wiosny, jak wszystko dobrze pójdzie, bierzemy się za następne lipki ... dosadzimy też akacje, jakieś inne kwitnące i miododajne krzewy ... ciągle więcej pracy przed nami niż za nami ...
I były spacery z psami po okolicznych łąkach ...
... i ich wylegiwanie się w zielonych trawach pod chatką ...
Kwitną astry przy plecionym płotku ...
... i pierwsze zimowity ...
... i szarugi jesienne przewalają się nad Pogórzem ...
... a na wilgotne drogi wychodzą prześliczne salamandry, i trzeba je ratować spod kół samochodowych ...
Chłodne wieczory zmuszają wręcz do palenia pod płytą kuchenną, czasami niż ciśnie w dół, i cały dym, zamiast w komin, idzie na chatkę ...
Idzie dobry czas ... czas grzybów, babiego lata, żurawi, tarniny i głogu, zbieranych na nalewki, cieszmy się tym.
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!
Piątkowa pogoda była iście letnia, mimo, że noce już chłodne.
W ulach, które były najbardziej mnogie i ruchliwe, po przeglądzie okazało się, że jeszcze w plastrach jest mnóstwo miodu ...
Prześwietlona słońcem ramka jest złocista, w oczkach błyszczą słodkie krople, a zapachu nie potrafię opisać ... zapach pszczelego wosku zmieszany ze słodkim zapachem wielu kwiatów, przyniesionych z nektarem ... patrząc na taką ramkę myślę sobie, ileż tu trzeba było pracy tego pszczelego bractwa, ile wypraw, oblotów, trudu ... nie wzięło się znikąd określenie "pracowity jak pszczółka"...
Ramki przed odwirowaniem są "odsklepiane", to moja robota ... specjalną łopatką-grzebieniem zdejmuję poszycie z wosku, które zdążyły już zrobić pszczoły, a ponieważ jest to wszystko zmieszane z miodem, odsysam słodkości na bieżąco, miód drapie mnie po gardle, bo to ostra słodycz ... taki smak zapamiętałam z dzieciństwa ... smak wosku i miodu ...
Potem ramki wkładane są do wirówki, którą dostaliśmy od Agaty R.... ulepszonej, bo sprzęt dostał silniczek, nie trzeba kręcić korbą ...
... wirowanie z jednej strony, potem z drugiej, i plaster wychodzi prawie suchy, a na dnie zbiera się złocisty miód ... z drobinami wosku, ale wszystko jest przelewane przez sito ...
Mąż to taki pomysłowy Dobromir, zrobił sobie transportówkę do przewożenia ramek, bo pełne są dosyć ciężkie ... paka ze sklejki, pod wymiar ...
... wszystko przykryte białym płótnem, żeby odciąć zapachy i żeby pszczoły nie leciały odbierać swojego ...
i tak przylatują, siadają na ramki, a jeśli gdzieś spadnie słodka kropla, wszystko zanoszą z powrotem do ula ... wszak zima idzie, trzeba zapewnić sobie jej przeżycie ...
A po zrabowaniu im słodkich zapasów dokarmiamy je jakąś gotową, gęstą miksturą, z witaminami, lekarstwami, co tydzień.
Koniecznie trzeba nam zbudować pomieszczenie gospodarcze na sprzęt pszczelarski, bo w tej chwili chatka jest do połowy zawalona tymi różnościami, bo trzeba gdzieś je przechowywać ... domek będzie też z miejscem pod dachem na moje narzędzia ogrodnicze, i z małą werandką do posiedzenia, bo będę chodzić w gości do pszczelarza ...
Od Janka "z góry" dostaliśmy starą podkurzaczkę do uli ...
... i taki pojemnik drewniany z dłubanego pnia ... to już pójdzie na wyposażenie domku pszczelego, niech też złapie "stary" klimat.
Oglądalismy też pączki lipy po okulizacji, tylko jeden zbrązowiał i nie przyjął się, reszta jest zielona i ma się całkiem dobrze ... poczekamy do wiosny, jak wszystko dobrze pójdzie, bierzemy się za następne lipki ... dosadzimy też akacje, jakieś inne kwitnące i miododajne krzewy ... ciągle więcej pracy przed nami niż za nami ...
I były spacery z psami po okolicznych łąkach ...
... i ich wylegiwanie się w zielonych trawach pod chatką ...
Kwitną astry przy plecionym płotku ...
... i pierwsze zimowity ...
... i szarugi jesienne przewalają się nad Pogórzem ...
... a na wilgotne drogi wychodzą prześliczne salamandry, i trzeba je ratować spod kół samochodowych ...
Chłodne wieczory zmuszają wręcz do palenia pod płytą kuchenną, czasami niż ciśnie w dół, i cały dym, zamiast w komin, idzie na chatkę ...
Idzie dobry czas ... czas grzybów, babiego lata, żurawi, tarniny i głogu, zbieranych na nalewki, cieszmy się tym.
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, bywajcie w zdrowiu, pa!
czwartek, 21 sierpnia 2014
Sierpniowe dni ... pies dachowiec ...
Pasieka przygotowuje się już do zimowania.
Pszczoły są z lekka dokarmiane, zwłaszcza jeśli pada deszcz i jest chłodno, co tydzień dymione jakimś leczniczym oparem na warrozę, przy czym trzeba zachować reżim czasowy i nie można opóźnić ani przyśpieszyć całego procesu o kilka dni.
Końcówka zeszłego tygodnia była bardzo mokra. Kiedy przyjechaliśmy do chatki, nizinny przerywany deszcz zmienił się w ciągłą, solidną, pogórzańską ulewę, a ja miałam w tych egipskich ciemnościach pomagać przy odymianiu pszczół ... nic wielkiego, trzymać parasol i oświetlać latarką otwierany spód ula, gdzie trzeba było włożyć tajemniczą, zapaloną tabletkę.
Ubrałam sobie kapelusz z woalką, spodnie w gumowce, żeby pszczoła nigdzie nie przedostała się ... nie, rękawice mi niepotrzebne, przecież pszczoły nie wylecą przy takim deszczu, co najwyżej wyjrzą i wrócą do ula.
Pierwszy ul przeszedł bezboleśnie, ale przy drugim wściekłe pszczoły ruszyły ... nie patrzyły na deszcz, ciemności, a ruszyły do moich rąk, bo ja, naiwna, nie ubrałam sobie przecież rękawic. Poczułam tylko użadlenie, ich brzęk przy głowie i ... rzuciłam wszystko w diabły, zostawiłam męża z robotą i zwiałam do chatki.
Nie można pracować przy pszczołach, jeśli ktoś się ich boi, a tak jest ze mną, poza tym bardzo puchnę po użądleniu, potem schodząca opuchlizna strasznie mnie swędzi, jestem wręcz chora ... chyba nie wdrożę się do najmniejszej chociaż pracy przy pszczołach, w co usiłuje mnie z lekka przyuczyć mąż.
W piątkowy wieczór skusiły nas Bieszczady, bo w Cisnej odbywały się Bieszczadzkie Spotkania ze Sztuką "Rozsypaniec", rozliczne koncerty, stoiska z rękodziełem na ciśniańskim placyku, tylko niebo nie obiecywało niczego dobrego, mimo uchwyconej nad górami tęczy ...
Sam dojazd był wielce uciążliwy, ruch na wąskiej drodze przez Solinę niebywały, a mnogość ludzi przyprawiała o zawrót głowy, czy wszyscy przyjechali w Bieszczady? ale jeden widok radował, cały zbiornik wypełniony wodą, puste zatoczki, które pokazywałam w zeszłym roku, teraz z żaglówkami prującymi powierzchnię wody, a pomosty prawie zanurzone.
Koncert zespołu Do Góry Dnem, z Olą Kiełb ...
... bardzo długi, prześpiewali chyba ze dwie godziny, a my z nimi, tu i ówdzie znane twarze muzyków "U studni" ... przygrywają sobie wzajemnie, o, tu na basie, potem doszły czemplikowe skrzypeczki, a w tej granatowej kurtce, odwrócony plecami Rysiek Żarowski, obok na ławce poeta, Adam Ziemianin ... wśród ludzi jakby znajome twarze ze szklarskiej giełdy, człowiek sam zastanawia się, skąd ich zna ...
Koncert skończył się, wyszedł następny zespół ... niebo rozświetlają błyskawice ... nie, uciekamy jednak z powrotem do domu ...prosto w ulewę, znowu nad zalewem solińskim, gdzie już przerzedziło się, tylko wędkarze zostali ... o, tej radości psiej nie sposób opisać, kiedy otworzyliśmy drzwi chatki ...
Zbieram już sporo pomidorów spod folii, czerwienieją też te pod dachem chatkowym, a i inne warzywa wspierają naszą kuchnię ...
... ogórki co prawda jak kulki, ale na mizerię mogą być ... z pomidorów można też niezłe kompozycje stworzyć ... jakieś marzenia czy co? ...
Poszłam podlać rośliny pod folią, pomidory, paprykę, zioła, Miśka ze mną, a Amik został, bo on boi się węża z wodą ... grzmiało, szła burza od Bieszczadu ... wracając już w pierwszych kroplach deszczu usłyszałam skomlenie Amika. Aha, wyszedł po schodach na poddasze i nie może zejść ... wołam go, jest tam gdzieś, wychodzę na górę, nie ma go, tylko szura coś po blaszanym dachu tarasu ...
Wiecie co? wskoczył na biurko, zeskoczył przez okno na dach, bo firanka była odsunięta, i co teraz? ... skomli, wspina się do okna, nie udźwignę go na łapach, żeby go wciągnąć powrotem ... i trzeba mi było wydostać się przez okienko, na rękach przenieść przez okno, a dalej to już sam dał sobie radę, a ile radości było ...
Prawie wszystkie łąki już pokoszone, jeszcze tylko przy kapliczce, z widokiem na Kopystańkę, trochę kwiecia zostało ...
... i trochę bardziej w lewo, na Kanasin i Dział ...
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione ciepłe słowa, bywajcie w zdrowiu, pa!
Z niemałym i niemiłym zaskoczeniem zauważyłam dziś rano, że o piątej jest jeszcze ciemno ... tak niepostrzeżenie kradnie nam czas po kawałeczku lata ... a najlepszym punktem odniesienia jest Kopystańka, tam widzę, gdzie zachodzi słońce i jak przybliża się coraz bardziej do lasu.
Pszczoły są z lekka dokarmiane, zwłaszcza jeśli pada deszcz i jest chłodno, co tydzień dymione jakimś leczniczym oparem na warrozę, przy czym trzeba zachować reżim czasowy i nie można opóźnić ani przyśpieszyć całego procesu o kilka dni.
Końcówka zeszłego tygodnia była bardzo mokra. Kiedy przyjechaliśmy do chatki, nizinny przerywany deszcz zmienił się w ciągłą, solidną, pogórzańską ulewę, a ja miałam w tych egipskich ciemnościach pomagać przy odymianiu pszczół ... nic wielkiego, trzymać parasol i oświetlać latarką otwierany spód ula, gdzie trzeba było włożyć tajemniczą, zapaloną tabletkę.
Ubrałam sobie kapelusz z woalką, spodnie w gumowce, żeby pszczoła nigdzie nie przedostała się ... nie, rękawice mi niepotrzebne, przecież pszczoły nie wylecą przy takim deszczu, co najwyżej wyjrzą i wrócą do ula.
Pierwszy ul przeszedł bezboleśnie, ale przy drugim wściekłe pszczoły ruszyły ... nie patrzyły na deszcz, ciemności, a ruszyły do moich rąk, bo ja, naiwna, nie ubrałam sobie przecież rękawic. Poczułam tylko użadlenie, ich brzęk przy głowie i ... rzuciłam wszystko w diabły, zostawiłam męża z robotą i zwiałam do chatki.
Nie można pracować przy pszczołach, jeśli ktoś się ich boi, a tak jest ze mną, poza tym bardzo puchnę po użądleniu, potem schodząca opuchlizna strasznie mnie swędzi, jestem wręcz chora ... chyba nie wdrożę się do najmniejszej chociaż pracy przy pszczołach, w co usiłuje mnie z lekka przyuczyć mąż.
W piątkowy wieczór skusiły nas Bieszczady, bo w Cisnej odbywały się Bieszczadzkie Spotkania ze Sztuką "Rozsypaniec", rozliczne koncerty, stoiska z rękodziełem na ciśniańskim placyku, tylko niebo nie obiecywało niczego dobrego, mimo uchwyconej nad górami tęczy ...
Sam dojazd był wielce uciążliwy, ruch na wąskiej drodze przez Solinę niebywały, a mnogość ludzi przyprawiała o zawrót głowy, czy wszyscy przyjechali w Bieszczady? ale jeden widok radował, cały zbiornik wypełniony wodą, puste zatoczki, które pokazywałam w zeszłym roku, teraz z żaglówkami prującymi powierzchnię wody, a pomosty prawie zanurzone.
Koncert zespołu Do Góry Dnem, z Olą Kiełb ...
... bardzo długi, prześpiewali chyba ze dwie godziny, a my z nimi, tu i ówdzie znane twarze muzyków "U studni" ... przygrywają sobie wzajemnie, o, tu na basie, potem doszły czemplikowe skrzypeczki, a w tej granatowej kurtce, odwrócony plecami Rysiek Żarowski, obok na ławce poeta, Adam Ziemianin ... wśród ludzi jakby znajome twarze ze szklarskiej giełdy, człowiek sam zastanawia się, skąd ich zna ...
Koncert skończył się, wyszedł następny zespół ... niebo rozświetlają błyskawice ... nie, uciekamy jednak z powrotem do domu ...prosto w ulewę, znowu nad zalewem solińskim, gdzie już przerzedziło się, tylko wędkarze zostali ... o, tej radości psiej nie sposób opisać, kiedy otworzyliśmy drzwi chatki ...
Zbieram już sporo pomidorów spod folii, czerwienieją też te pod dachem chatkowym, a i inne warzywa wspierają naszą kuchnię ...
... ogórki co prawda jak kulki, ale na mizerię mogą być ... z pomidorów można też niezłe kompozycje stworzyć ... jakieś marzenia czy co? ...
Poszłam podlać rośliny pod folią, pomidory, paprykę, zioła, Miśka ze mną, a Amik został, bo on boi się węża z wodą ... grzmiało, szła burza od Bieszczadu ... wracając już w pierwszych kroplach deszczu usłyszałam skomlenie Amika. Aha, wyszedł po schodach na poddasze i nie może zejść ... wołam go, jest tam gdzieś, wychodzę na górę, nie ma go, tylko szura coś po blaszanym dachu tarasu ...
Wiecie co? wskoczył na biurko, zeskoczył przez okno na dach, bo firanka była odsunięta, i co teraz? ... skomli, wspina się do okna, nie udźwignę go na łapach, żeby go wciągnąć powrotem ... i trzeba mi było wydostać się przez okienko, na rękach przenieść przez okno, a dalej to już sam dał sobie radę, a ile radości było ...
Prawie wszystkie łąki już pokoszone, jeszcze tylko przy kapliczce, z widokiem na Kopystańkę, trochę kwiecia zostało ...
... i trochę bardziej w lewo, na Kanasin i Dział ...
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione ciepłe słowa, bywajcie w zdrowiu, pa!
Z niemałym i niemiłym zaskoczeniem zauważyłam dziś rano, że o piątej jest jeszcze ciemno ... tak niepostrzeżenie kradnie nam czas po kawałeczku lata ... a najlepszym punktem odniesienia jest Kopystańka, tam widzę, gdzie zachodzi słońce i jak przybliża się coraz bardziej do lasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)