Ale od początku ...
Ranek obudził się tak słoneczny i przejrzysty, że żal byłoby zostawać w chatce. Przewidywalnie wstałam wcześniej, żeby upiec sernik. Został mi jeszcze w lodówce ser w wiaderku, własnie na sernik, bo człowiek jest pazerny, kupuje w nadmiarze, jak jest okazjonalna cena:-)
Jeszcze wcześniej znalazłam w necie przepis na "pyszny puszysty wysoki", ale nie wszystkie opinie były pochlebne ... że gumowaty, bo 3 budynie, że siada, że mączysty smak, że jak ptasie mleczko ... Zrezygnowałam i zrobiłam po swojemu ... mąż potem narzekał, że tłucze się baba po kuchni od świtu, ubija pianę i nie daje spać, ale sernik mu smakował:-)
Wyżej, w Górach Sanocko-Turczańskich trochę śniegu, ale już sam przejazd przez pasmo Chwaniowa zadziwił, toż to prawie regularna zima ...
Śnieg zajeżdżony, błyszczący jak lustro, my podjeżdżaliśmy do góry, z przeciwka zjeżdżała osobówka dosłownie metr po metrze, bo nachylenie spore. Bardzo lubię sobotnie przedpołudnie i przejazd przez wioseczki w dolinach "gór rusztowych", powolna krzątanina w obejściach, rąbią drwa, gospodynie niosą zakupy do domu, psy i koty wygrzewają się na nagrzanych w słońcu skarpach, znikomy ruch na drodze ...
W Tyrawie Wołoskiej skręciliśmy na Solną, potem nadsańską doliną, wzdłuż pustek po wysiedlonych wsiach.
Mieliśmy szczery zamiar odwiedzić wzgórze Dębnik z uroczą cerkiewką w Uluczu, ale zrobiło się bardzo wietrznie, przy 1 stopniu na plusie mroźny wiatr przenikał do kości, mąż trochę niezdrów, więc pojechaliśmy dalej. Bywaliśmy tu w różnej scenerii, i takiej, ... i takiej ..., ale zawsze warto zajrzeć jeszcze raz, więc myślę, że następny będzie może białą zimą, albo wiosną z kwitnącym runem.
Po drugiej stronie Sanu ciemnieją Góry Słonne.
A oto i miejscowość Wołodź, a właściwie marna pozostałość po niej. Docieramy do niej przepiękną aleją dębową, a dziurawa droga zastąpiona została gładziutkim asfaltem, tylko początkowy odcinek za Uluczem jeszcze nie zrobiony.
Właściwie to czasami zastanawiam się, czemu służy takie pozostawianie niewielkich kawałków drogi niewyremontowanych, zabrakło pieniędzy, gminy nie dogadały się, a może inny użytkownik np. lasy, mają ją zrobić?
Samotna kaplica grobowa Trzcińskich, ostatnich właścicieli wsi, z tyłu pojedyncze groby, obok dzwonnica.
Widać, że kaplica niszczeje coraz bardziej, wybite szyby, a drzwi, zamknięte kiedyś potężną kłódką, stoją właściwie otworem, bo tylko zatknięty patyk broni wejścia. Wykute przez kowala ogniwa, całkiem spore, takie detale bardzo podobają się nam.
Skorzystaliśmy i my z tego prowizorycznego zamknięcia, weszliśmy do środka ...
... pozostał tylko drewniany ołtarz, wytrybowany ze wszystkiego, delikatne rzeźbione koronki, puste miejsca po obrazach. Bardzo przygnębiające wrażenie, dopełnione przez wiatr, gwiżdżący w wybitych szybach, dolatujący tu z groźnie szumiących jodeł z cmentarza.
Ołtarz poznaczony ptasimi odchodami, przylatują tu ptaki, chroniące się na noc, jedyni użytkownicy kaplicy. Kiedy odwróciliśmy się do wyjścia, nad drzwiami zobaczyliśmy chór, bez oryginalnych schodów. Ktoś na deskę ponabijał poprzeczki i chyba tak można wdrapać się na górę, nie próbowaliśmy.
Tytułowa pusta cerkiew to własnie ta kaplica grobowa, opuszczona, niszczejąca, z wiatrem hulającym w okienkach, bez ratunku zniknie z tego pejzażu za lat kilka lub kilkanaście, bo ruina postępuje.
Odbiliśmy jeszcze w Birczy w boczną drogę, sprawdzić, co słychać w kotowskiej cerkiewce.
Stan "bz", choć wiatr wyszarpał niebieskie plandeki zabezpieczające, ale jest dach, nie leje się do środka, ściany zabezpieczone, przetrwa.
Pięknie jeździ się po pogórzańskich drogach, widokowo ...
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, pozostawione słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!
P.s. Wygrzebałam w sh urodziwy gobelinek, utkany z wełny:-)

