niedziela, 7 maja 2023

Mała majówka w Rumunii ... I część ...

 To był inny wyjazd niż wszystkie, a przynajmniej na początku. Założenie było takie, że nie śpieszymy się nigdzie, wyjeżdżamy wyspani rano, po śniadaniu, a potem przystanki w ciekawych miejscach, odpoczynki, może nocleg w drodze np. na południu Słowacji. Dotarliśmy do podnóża Vihorlatu, odwiedziliśmy słowackie Morskie Oko, ludzi niewiele, przeważnie Polacy, raz dwa oblecieliśmy ścieżką dookoła ... jest tam ładny bukowy las zwany pralasem, ogromne drzewa, szemrzące potoki.




Nie będzie tutaj noclegu, za dużo czasu do wieczora, pojechaliśmy do pobliskiej wsi Velky Kamenec, a w niej ruiny zamku na wzgórzu. Pooglądaliśmy je tylko z daleka, bo na górze wykopaliska, a może jakaś rekonstrukcja murów ... nie, chyba to pierwsze, bo materiałów budowlanych nie było. Ze wzgórza ładne widoki na okolicę i ten zapach niesiony przez wiatr, zakwitły bzy. W trawie znaleźliśmy masę uroczych białych kwiatków.




Przez Węgry jedziemy zawsze szybciutko nie zatrzymując się nigdzie, utartą trasą przez Kisvardę, byle tylko przekroczyć Cisę. Drogi mało ruchliwe, wioseczki, miasteczka i cała masa akacjowych zagajników. Tym razem gps wysłał nas piaszczystą polną drogą, zakurzyliśmy się, jak nieboskie stworzenia. Ponieważ jechaliśmy w kierunku gór Gutai, trzeba było przedrzeć się przez dwa spore rumuńskie miasta, Satu Mare i Baia Mare. Plan był taki, że wyjedziemy w góry i zanocujemy na połoninach pod Kogucim Grzebieniem. Szybko zbliżała się noc, przed nami sporo kilometrów, więc zatrzymaliśmy się na noc nad Baia Mare, w miejscowości Negreia, a właściwie tuż nad nią. To ciekawy teren wulkaniczny, usiany kamieniami, pachnący macierzanką, można chodzić tu sporo czasu. 


W górach wieczorem jest chłodno, posiedzieliśmy owinięci w śpiwory, za lasem słychać było beczenie owiec i ujadanie psów, w oddali niżej świeciło miasto, a wyżej uganiały się po niebie nietoperze. Najpierw niebo było zachmurzone, potem chmury z lekka rozrzedziły się, sunęły po niebie, a mnie zdawało się, że to gwiazdy wędrują. Zza gór wyłonił się księżyc, akuratnie trafiło na mnie, że świecił mi prosto w oczy ... jak tu zasnąć?





Jesteśmy rannymi ptaszkami, skoro świt zebraliśmy się i w drogę. Z drogi powyżej nas zjechały dwa ciągniki, my za nimi. Nie wiem, jak to się stało, ale po dotarciu do asfaltu zobaczyliśmy to:


Ciągnik leży do góry kołami, zatarasował przejazd, całe szczęście, że nikomu nic się nie stało. Zadzierzgnęli za duże koło jakąś linę i drugi traktor po paru próbach postawił go do pionu, na drodze zostało mnóstwo szkła, plastiku i tłusta plama po oleju albo jakimś płynie. Na pewno naprawa będzie konieczna, a człowiek stracił narzędzie pracy. W tym czasie ja zrobiłam zdjęcia kilku kamiennym rzeźbom ustawionym przy drodze.




Lata temu też przypuściliśmy nieudany atak na Koguci Grzebień, tym razem zdawało się, że nic nam nie przeszkodzi. Znaną już sobie drogą pojechaliśmy do góry, niestety, przed połoninami zatrzymała nas tablica, że nie wolno tu wjeżdżać m.in. samochodami, tylko pieszo lub na rowerach. Pewnie masakrowali połoniny nie tylko quadami, motorami, więc zamknięto wjazd, i nie dziwię się, więc wulkaniczny Creasta Cocosului pozostanie przez nas niezdobyty, trochę szkoda. 

zdjęcie z netu
Za to udało mi się podziwiać strome ściany przy drodze, wulkaniczne skały wyglądają jak ciemna skóra smoka, pełne narośli, guzów, zgrubień i łusek. Wędrując ludzikiem po mapach google znalazłam po drodze monastyry, a ponieważ lubimy, to odwiedziliśmy je. Trzeba przyznać, że mnisi wybierają niezwykle piękne miejsca na swe siedziby, odludne i w górach. Pierwszym był monastyr Rohia.


Ten brzydki srebrny komin odprowadza dym z wotywnych świeczek, dla których został wybudowany jakby pieco-grill. Zespół klasztorny jest stosunkowo młody, zresztą widać to budowlach. Zwiedziliśmy całe obejście, muzeum, maleńki kościółek na samej górze, nikt nie zwracał na nas uwagi, bo wszyscy zajęci byli budową nowego obiektu, co tam jakaś obca dwójka włócząca się wokół.




Na ostatnim zdjęciu widać po lewej stronie nieukończoną budowlę i to ona zrobiła na nas największe wrażenie. Kiedy spojrzało się w dół z poziomu zespołu klasztornego, to aż mdliło z powodu wysokości, a tam trwała budowa przyklejonego do ściany nad przepaścią prawie wieżowca. Mąż naliczył 11 pięter, ja 15, do tego na dwóch poziomach otwarte krużganki, w opiniach google nie zawsze można znaleźć pochlebne: 
(Przetłumaczone przez Google) Gorzki smak, wstydzę się, że jestem ochrzczony prawosławnym. Jeśli chodzi o te 15-piętrowe budynki, to tutaj, podobnie jak w innych klasztorach, nie chodzi już o jałmużnę i pomoc biednym. Tu chodzi o fabrykę pieniędzy i "TY GRZESZNIKU", dawaj pieniądze tym księżom, którzy nie mają litości dla starców, biednych, porzuconych dzieci, chorych, którzy nie mają ulgi i szukają jej u tych "biznesmenów".
Wstyd, WSTYD i jeszcze raz WSTYD.



Kilkanaście kilometrów za wsią Boiereni jest inny klasztor, nazywa się Rohita. Został zbudowany na miejscu innego, starszego z XVIII wieku. Legenda głosi, że mieszkało tu 3 mnichów i uczyli oni okoliczne dzieci języka rumuńskiego. W latach 1761-62 w Siedmiogrodzie ponad 150 klasztorów, m.in. i ten. Nowe założenie powstało w 1993 roku. Zostaliśmy mile przywitani przez sympatycznego mnicha, oprowadził nas po wnętrzach, pokazał spore zbiory biblioteczne, szafy pełne ksiąg, naczynia liturgiczne, sprzęty, a także kaplicę wewnętrzną, gdzie modlą się mnisi, a na koniec obdarował drewnianym drobiazgiem, krzyżykiem.
Wspięliśmy sie jeszcze na wyżyny do dzwonnicy po oryginalnych, zadaszonych schodach, ustawione są przy nich krzesła dla odpoczynku.


Za nami wbiegł młody człowiek, uśmiechnął się, wyprzedził ze słowami: klopote, klopote ... popatrzyliśmy z mężem po sobie, nie za bardzo rozumiejąc, o co chodzi. A on chwycił za liny potężnych dzwonów, rozhuśtał je i zabrzmiały po okolicy tak, że ich głos przeszedł przez nas od stóp do głów, jeden wielki dźwięk. Stać obok dzwoniących dzwonów to potężne wrażenie.



Okazało się potem na dole, że on dzwonił na południe, a to dziwne słowo oznacza po rumuńsku dzwony, dzwonienie- clopoti:-)
Jeszcze jeden monastyr mieliśmy po drodze, tuż za Gherlą w wiosce Nicula, ten jeden, malutki kościółek z XVI wieku na środku placu, otoczony murowanymi budynkami kościelnymi i kościołem obok. Historia jego pogmatwana, prawosławie z greckokatolicyzmem, a reżim komunistyczny zdelegalizował ten drugi Kościół i wszystko przekazał cerkwi prawosławnej, tak jest do dziś.




A po drodze natura w najczystszej postaci, łąki pełne storczyków. Stój, stój, muszę im zrobić zdjęcie - a mąż szukał dogodnego miejsca do zatrzymania, a ja goniłam z aparatem.




Powoli zbliżaliśmy się do miejsc docelowych na dzień dzisiejszych. Pierwsze to są łąki pełne "bujori  galbeni",  żółte piwonie, jak nazywają je mieszkańcy. To miłek ...






A drugie to "bujori de stepa" w rezerwacie w środku niczego, a właściwie pośród bezkresnych pól Transylwanii, obok jedno gospodarstwo. Właśnie rozkwitły, piwonie stepowe, piwonie koperkowe, jak nazywają je ogrodnicy:-)









m:-A zapach? nie wyobrażacie sobie, jak tam pachniało, przeszedł drobny deszczyk, parowało, a ja z nosem w kwiatach:-) mąż już dawno poszedł do auta, a ja dalej ścieżkami tam i z powrotem, bo napatrzeć się nie mogłam, zdjęcia, aparat, komórka, człowiek jak w amoku:-). Zjeżdżaliśmy powoli na wyczucie polnymi drogami, dokądś one prowadzą, do wsi. I tak się stało, droga polna zamieniła się w asfalt i tu trzeba było wspomagać się gps-em. Kierowaliśmy się do wąwozu Turda na nocleg, w znajome miejsce, dziś już nie na kempingu, ale we własnym samochodzie noclegowy


Jeszcze wieczorny spacer po okolicznych wzgórzach w towarzystwie psów, którym wydawało się, że jesteśmy ich właścicielami, a zwłaszcza jednej suni ... zabrałabym ją, gdyby nie było Mimy ... pozostało mi ją tylko dobrze nakarmić, szkoda, że nie można na zapas:-(


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wytrwaliście do końca wpisu? :-) pa!



21 komentarzy:

Aleksandra I. pisze...

Niesamowite wrażenia robi to wszystko co Pokazałaś. Zauważyłam, że i tam przerost formy nad treścią jakieś niesamowite nowoczesne budowle. Przepięknie wyglądają te łąki usłane rosnącymi kwiatami, szczególnie piwonie mnie zachwyciły. Szmat drogi Przejechaliście. Dziękuję za możliwość poznawania chociaż wirtualnie ciekawych miejsc. Pozdrawiam

Stanisław Kucharzyk pisze...

Velky Kamenec mnie kiedyś zachwycił - klimatyczne miejsce. Te białe małe kwiatuszki to jakiś śniedek. Wśród piwonii widzę dziewannę fioletową, ale tego białego wysokiego nie rozpoznaję. Widzę że udało ci się spotkać storczyki samicze (takie jak na naszej Kalwarii) i bzowe (ten żółty).

Anonimowy pisze...

Fantastyczna wycieczka!:) A przy okazji zapytam, czy jak nocujecie w tej dziczy to macie przynajmniej jakiś kałasznikow, kij bejsbolowy albo przynajmniej gaz pieprzowy na psy?:)
To ja, Tatiana ciekawa świata:)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ola, lubimy włóczyć się po bezdrożach rumuńskich, bo tam zobaczy się więcej niż przy głównych trasach; dla tych łąk m.in. wyprawiliśmy się w świat, bo kiedy, jak nie teraz, żałowałabym kiedyś, że nie pojechałam:-) to były intensywne dni, kiedy wysiedliśmy z auta pod domem, nogi za bardzo nie chciały słuchać, a w głowie kręciło się; pozdrawiam.

Staszek, wrócimy w tamte rejony VK, daj panie Boże dożyć, pewnie na przyszły rok, to ciekawy region; białymi kwiatuszkami usiane były całe przestrzenie, na łodyżce kilka kwiatków, ładnie wyglądało; dziewannę fioletową zobaczyłam pierwszy raz, mignęła mi na wcześniejszych pastwiskach przy drodze, ale nie było gdzie się zatrzymać; to wysokie białe całkiem słusznej wysokości, o grubych łodygach, a wiele nieznanych mi roślin gotowych do kwitnienia. Tak, rozpoznałam te storczyki, były tam w ilościach niepoliczalnych, bzowy widziałam pierwszy raz, potem jeszcze w górach w towarzystwie bordowych, ale jeszcze nierozkwitniętych; tam musi być widok, kiedy kwitną; pozdrawiam.

Tatiana, jesteśmy bardzo zadowoleni z wyjazdu, trochę na bieżąco zmienialiśmy trasy, trochę ominęliśmy, ale w 4 dni trudno zobaczyć wszystko; pokonaliśmy wiele kilometrów, ale warto było, no i za krótko; nie, nie mamy nic z tych artefaktów, psy omijamy z daleka, nie wszystkie agresywne, najbardziej te pasterskie, a niektóre są śliczne; nocujemy raczej pod lasem, niż w lesie, zazwyczaj obok szutrówki, żeby w razie deszczu łatwiej było wyjechać; mijają nas też ludzie, pozdrawiają, machają, nie spotkało nas nigdy nic złego, oby tak zostało; najgorsze są duże miasta, ale te omijamy; pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Och, prawdziwe z was obieżyświaty, podziwiam wyprawę i piękne zdjęcia, szkoda, że zapachu nie można oddać drogą blogową;-)
Cudowna majówka!
jotka

Stanisław Kucharzyk pisze...

Uparłem się i znalazłem to białe to najpewniej modrak tatarski Crambe tataria

Pani Ogrodowa pisze...

Ale cudowna wycieczka. A te łąki pełne kwiatów, to marzenie dla ludzkich zmysłów. I piwonia koperkowa, która u nas wciąż jeszcze jest rarytasem z uwagi na swoją cenę, tam rośnie w takich ilościach na łące, aż nie do wiary. Wspaniale się czyta Marysiu Twoje opisy tej wycieczki, toteż już nie mogę się doczekać dalszego ciągu :) Uściski...

wkraj pisze...

Wiosna widoczna na każdym zdjęciu ta młoda zieleń robi swoje, a te piwonie są po prostu niesamowite. Dzwony tuż nad uchem miałem przyjemność przeżyć na dzwonnicy w Wenecji, uciekaliśmy by nie ogłuchnąć. Pozdrawiam serdecznie :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Jotka, mam kilka ulubionych zapachów, przy których żałuję, że nie można ich zamknąć w słoiku na zimę:-) jednym z nich jest roztarta w palcach macierzanka; Rumunia nasza ulubiona, a tyle miałam obaw przed pierwszym wyjazdem:-) pozdrawiam.

Staszek, Twoja dociekliwość zasługuje na podziw:-) najpewniej to jest modrak tatarski, jak wczoraj patrzyłam na inne zdjęcia w necie; wielce do mnie przemawiają nazwy: tatarski, wschodni, ruski:-) dzięki i pozdrawiam.

Iwona, przystając z naturą, obłędnymi krajobrazami, rozległymi pastwiskami i polami, prostym życiem, świat wydaje się lepszy; nie zawsze jednak, co pokażę w drugiej części; dla tej piwonii i miłków jechaliśmy, bo lubimy, przy okazji trafiły się i różne storczyki w ilościach niepoliczalnych:-) w górach wczesna wiosna; pozdrawiam.

Wkraju, oczy można wypatrzeć za tymi krajobrazami, i góry, i pofalowane wnętrze kraju daje tyle możliwości zwiedzania, każdy znajdzie coś dla siebie; mnie ciągnęły te niezwykłe rośliny, a przy okazji mały rajd przez góry; bardziej na południe, w Dobrudży czy na południu Fogaraszy są jeszcze inne piwonie, o pełniejszych liściach, odm. peregrina czyli pewnie wędrująca, może kiedyś dotrzemy i tam:-) wrażenie z dzwonami niezwykłe, każda komórka ciała zadrżała:-) pozdrawiam.

Stanisław Kucharzyk pisze...

Modrak tatarski ma ciekawe przystosowanie do rozsiewania nasion - jest to jeden z tzw. biegaczy stepowych https://pl.wikipedia.org/wiki/Biegacze. Sceny na westernach z kulami zielska przewiewanych przez wiatr to właśnie, któryś z biegaczy preriowych

Anonimowy pisze...

Staszek, a toś mnie zaskoczył 😂 podczytuję różne fejsbuki i u M.Sceliny zobaczyłam zdjęcie z jakimiś brązowymi włosami, poplątanymi w trawie, a zatytułowane biegacze stepowi bodajże. Co się nazaglądałam z każdej strony, gdzie te biegacze, byłam przekonana, że to na pewno jakieś zwierzątka albo przynajmniej owady, a tu masz! to rośliny 🤣🤣🤣śmiałam się sama z siebie. Dzięki wielkie za te ciekawostki, świat obok nas jest niezwykły, Maria z PP.

don't blink pisze...

Piękne kwiaty, piękny mały kościółek z cudownym pokryciem dachowym, piękne widoki:) Doskonale umiesz pokazać urok mijanych miejscowości, że aż chce się ruszyć w Wasze ślady.
Pozdrawiam.
M

kulczyk pisze...

Trochę mi ulżyło. Te piwonie to jakaś popierdułka ;) więc nie nazwę Was tak jak w sms-ie :).
Mnie osobiście podoba się nawiazanie w nowo budowanych monasterach do tradycji. Dużo ładnie ułożonego drewna cieszy oko. Inna sprawa , że rumuńska cerkiew na brak funduszy chyba nie narzeka. Same kwiaty w monasterach kosztują krocie.

I prosze się nie obijać Pani Mario - kończymy , kończymy relację. Fani czekają.
pozd.kulczyk

Anonimowy pisze...

M,kościółki w drewnie, niektóre zbudowane bez jednego gwoździa, klasztory schowane w górach z widokami nie do opisania, Rumunia ma tyle ciekawostek, tylko trzeba uciec z głównych tras i miast, choć miasta, jak ktoś lubi, też wyjątkowe. Klika osób już zaraziłam Rumunią😄 pozdrawiam, Maria z PP.

Anonimowy pisze...

Kulczyk,aż Ty pieronie, ja Ci dam popierdułkę😄nic, tylko pakuj bety i ruszaj, tylko pogodę dobrą obstaluj, bo nas wypędziła znowu. Pasjami lubimy stare monastyry, cerkwie, cmentarze, w prawie każdej wsi obelisk z nazwiskami poległych żołnierzy-mieszkańców, ale przeważnie z I wojny. No, nie narzekają, biedę można spotkać wszędzie, tylko nie tutaj. Co tu dużo gadać, już bym wracała tam z powrotem, klimat i widoki są, sam wiesz, pozdrawiam Maria z PP.

kulczyk pisze...

Ależ droga koleżanko w kwestii kwiatów już śpieszę z wyjasnieniem.
Widziałem naocznie kwitnące w górach rumuńskich kaczeńce , krokusy , azalie i je rozpoznałem , identyczne jak nasze dziko czy w ogrodach ale te piwonie no proszę Cię jakieś mikre takie gdybyś nie napisała co to powiedziałbym mak polny. :).

Zgadzam sie z Tobą całkowicie w temacie mieszkańców. Mili , sympatyczni , pomocni. Lubią Polaków! Zaryzykuję stwierdzenie , że lubią nas bardziej niż my sami jako naród się lubimy. ;)

Pellegrina pisze...

Noclegi w autku, gdzie popadnie to nowa, lepsza jakość podróży. Nie trzeba dojeżdżać i objeżdżać, można zaoszczędzić czas i pieniądze i wydać je na coś innego.
Też mam takie spostrzeżenia, klasztory były budowane w ciekawych miejscach, odludnych dla modłów i w górach blisko Boga. Nie to co kościoły, zawsze w centrum i na górce, dla pychy i próżności.
Kocha Was ta Rumunia jak Wy ją.

Moje pasje w obiektywie pisze...

Cudowna podróż Mario, taka bez planu, gdzie scenariusz pisany jest po drodze, bez napiętego grafika i w pięknych okolicznościach przyrody!
Wzgórza, klasztory, bezmiar zieleni i te śliczne piwonie...
Może kiedyś uda mi się wyruszyć na rumuńskie bezdroża, podobnie marzy mi się Gruzja. Oba te kraje to surowe, dziewicze piękno natury, czyli to, co w podróżach ukochałam najmocniej :-))
Pozdrawiam ciepło!
Anita

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Kulczyk, ale to specjalne piwonie, i na dziko:-) zresztą mówiłam Ci, W. podziela Twoje zdanie:-) :-) :-) nawet ostatnio rozmawialiśmy, że za tych kilkanaście lat zwiedzania Rumunii od mieszkańców nie spotkało nas nic złego, oby tak dalej; bardzo dobrze się czujemy w górach, wśród tych wioseczek; w Torocko spotkaliśmy kawalkadę aut 4x4, pewnie z 15 sztuk z polską rejestracją, nawet nie zatrzymywaliśmy się, a była ochota zwiedzić wioseczkę, może Skały Księżniczki:-) zbieraj się, zbieraj z kumplem; pozdrawiam Was obu.

Krystynko, tak, to noclegi, gdzie popadnie, w lesie nie, najlepiej wysoko na połoninach, choć ranki bywają chłodne; jest to pewna oszczędność bez noclegów w pensjonatach, motelach, ale dzięki temu jesteśmy wolni, choć koszt paliwa też jest niemały; odludne i ciekawe miejsca klasztorów, i bez innych pokus:-) bardzo się rozkochaliśmy w tym kraju; pozdrawiam.

Anita, jakaś ramówka była, ale bez spiny, że musimy, co nieco ominęliśmy, pewnie do następnego razu:-) pięknie jest, kiedy jeszcze zieleń nie spalona letnimi upałami, potoki pełne wody, ciurkające źródełka, wodospady; też miałam obawy przez pierwszym razem, ale tylko raz, potem to już jechaliśmy jak do siebie:-) Gruzja też nas nęciła, trochę za daleko, nie dysponujemy czasem; jedź, nie pożałujesz; pozdrawiam.

Krzysztof Gdula pisze...

Mario, znowu mnie kusisz rumuńskimi widokami :-) Te skały do których nie mogliście dojechać, Koguci Grzebień, robią potężne wrażenie. Nie pisałaś, co dobrego jedliście z miejscowej kuchni…
Czyli kłopotać się, to po rumuńsku dzwonić? Hmm, w sumie podobny język :-)
Więc i tam osoby zakonne nie stronią od mamony?...

Anonimowy pisze...

Krzysztof, ciągnie nas do Rumunii przez cały czas 😊wulkaniczny Koguci Grzebień ... nie mamy dużo czasu, żeby wędrować, kiedy jedziemy od punktu do punktu, chyba żeby zainstalować się tam na cały dzień, albo i dłużej. Może kiedyś przyjdzie taki czas, że przestaniemy się spieszyć. Nic nie jedliśmy rumuńskiego, aż dziwne 😄 oj, nie, mąż jadł pod marketem kiełbaski mici. Nie, nie kłopotać, clopoti, podobne do naszych kłopotów, tylko przez l. Widać każdy stan łasy na mamonę, wbrew głoszonym naukom, pozdrawiam Maria z PP.