Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cerkwie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cerkwie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2020

Barowa pogoda ...

Mokro.
Jak nie pada, to zbiera się na deszcz, i tak codziennie.
Ziemia nasączona wodą jak gąbka, każdy ślad wyciska mokrość, w piwnicy woda po kostki, potok poniżej szumi jak szalony, rzeki wypełnione wodą do granic wytrzymałości, San przybrał 3 metry ...
Straszono nas czerwcową suszą i upałami, mamy sytuację zupełnie odwrotną, w polu nie wyschnie, a raczej zgnije od nadmiaru wody. Już widać pożółkłe rośliny w zastoiskach na polach, moja sałata też zgniła, a grządki są na pochyłości ... to będzie trudny rok.
Wczoraj w siąpiącym deszczy kończyłam koszenie sadu, taki kawałek za grządkami na stromym zboczu ... podagrycznik urósł jak krzew, grube łodygi, które trudno poddawały się żyłce kosy, a wysokie prawie jak ja:-)
A wracając do barowej pogody, to wykorzystujemy ten czas na pobliskie wycieczki, chociażby tylko zza szyb auta świat pooglądać.


Tym razem w sobotę ruszyliśmy na południe, nisko wiszące chmury obiecywały kolejną ulewę na popołudnie. Zatrzymaliśmy się w Krościenku przy cerkwi na wzgórzu, widocznej z daleka z głównej drogi. Widoczna dlatego, że wycięto wianuszek okalających ją starych drzew ... dla mnie właśnie takie otoczenie dodaje uroku cerkiewkom czy kościołom.

Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy ma ładne położenie w widłach potoków Stebnik i Strwiąż, a przechodziła różne koleje losu jako że teren ten przypadł po wojnie Sowietom. Po korekcie granic w 1951 roku wrócił do Polski, wytrybowany z mieszkańców, ze wszystkiego, co tylko dało się zabrać i wywieźć, łącznie z wycięciem lasów.  Szykowała się jeszcze jedna wymiana w 1952 roku, miały być zabrane okolice Hrubieszowa w zamian za Niżankowice, Chyrów, Dobromil, i linię kolejową Przemyśl-Zagórz. Do tej wymiany nie doszło, bo zmarł Stalin, a przez długi czas jeździło się pociągiem do Zagórza przez teren ZSRR, ten maleńki przygraniczny wycinek Ukrainy, żołnierze sowieccy wchodzili do pociągu i pilnowali wszystkich drzwi, nie wolno było otwierać okien. W ramach tej pierwszej korekty  z 1951 roku mieszkańców Sokalszczyzny przesiedlono w Bieszczady ...


Napisała o tym Grażyna na swoim blogu " I tu, i tam" w poście z wycieczki sentymentalnej do Czarnej. Ze znanych osób przesiedlona została także z Krystynopola jako dziecko poetka, która obecnie mieszka w Toruniu, Wiesława Kwinto-Koczan, jej wiersze śpiewają znane zespoły "z krainy łagodności".


Wracając do cerkwi w Krościenku, w 1956 roku została przejęta przez greckich emigrantów, użytkowana jako owczarnia i magazyn obornika miejscowej spółdzielni produkcyjnej, tak wyczytałam w necie. Zniszczone zostało wnętrze, drzwi, podłogi, a mizerne resztki ikonostasu znajdują się w Muzeum w Łańcucie.


Z ciekawostek, obok cerkwi nagrobek w kształcie trumny, z napisu cyrylicą odczytałam tylko początek "świaszczennik ..." czyli ksiądz, z drugiej strony daty z XIX wieku. Nieco dalej nagrobki z napisami po grecku, dziecięca mogiłka z datą 1956 rok, kilkumiesięczne dziecko zmarło tuż po przybyciu emigrantów ...


Po wizycie w Krościenku pojechaliśmy dalej, małe zakupy w Ustrzykach Dolnych i kierunek Równia, a w niej cerkiew z XVIII wieku pw. Bogurodzicy. Położona na wzgórku, dojeżdża się do niej wąską drogą przez mostek, ponoć dzień temu woda przelewała się wierzchem po opadach. W skarpie zauważyłam dziury, może jaskółki albo inne ptaki miały tam gniazda ... nawet nie chcę myśleć, co się z nimi stało przy tej wysokiej wodzie.


No i spotkało się dwóch panów o podobnych zainteresowaniach, dołączyłam i ja. Pan opiekujący się cerkwią zaprowadził nas wszędzie, pokazał wszystkie ciekawostki, nawet wąziutkim przejściem, wśród belek wspierających jeden z dachów, przecisnęliśmy się na wąziutki chór. Jako że mam lęk wysokości, tylko raz zerknęłam w dół i wycofałam do przedsionka z trzęsącym się, mdlącym żołądkiem:-) Widzieliśmy belkę poszarpaną pociskiem, który wpadł przez okno, dziury w ścianach po ikonostasie i bocznych ołtarzach, pięć wzorów krzyży, które można tu zobaczyć, kilka desek po ikonostasie, malowanych jakimś specjalnym wapnem, przechylający obelisk nagrobny przy wyciętej ogromnej lipie. Okazało się, że pod nim znajduje się krypta, ziemia osuwa się coraz bardziej, zapada, to i wysoki obelisk traci pion, to ten widoczny na zdjęciu powyżej, po lewej stronie.


Nad ołtarzem głównym wielki barokowy krucyfiks, jaśniejszym kolorem drewna odcinają się wymienione podczas remontów belki. Od 1972 roku cerkiew oddano kościołowi katolickiemu, wcześniej odbywały się też msze wbrew władzom.


Ściany zewnętrzne cerkwi impregnowane są co cztery lata surówką ropy naftowej, jak przed wiekami czyniono tutaj z drewnianą zabudową. Wydobywano ją pewnie z jakichś naturalnych wypływów, a impregnowane drewno ma ciemny kolor, no i specyficzny zapach.  Przy okazji dowiedzieliśmy się o występujących tutaj trzech rodzajach ropy naftowej ... pamiętam czasy z początków budowy naszej pogórzańskiej chatki, też marzeniem było wysmarować ją taką surówką:-)


Długo nam zeszło na pogaduchach, obejrzeliśmy każdy zakamarek, a człowiek był sympatyczny i z dużą wiedzą. Przyjeżdża tu dużo ludzi, potomkowie wysiedlonych, Grecy, Węgrzy, Ukraińcy ... pan jeszcze wskazał na ten krzyż, który widać tu wyraźnie na tle trawy. Właściwie to nikt nie wiedział, skąd on tutaj ...


Niedawno przyjechał z daleka człowiek, który jako dziecko bywał na cmentarzu, powiedział, że pamięta jeszcze białą emaliowaną tabliczkę z napisem, tylko nie wie, w jakim języku była. Bo sam krzyż jest ciekawy, lity, odlany w całości z żelaza, żadne tam blachy, pustki w środku ... na ramionach prawie zatarty wzór dębowych gałązek, liści ...  Cerkiew odwiedziło też dwóch Węgrów, jeden trochę mówił po polsku, powiedział, że takie krzyże spotyka się na Węgrzech, a zatem należy wnioskować, że jest to krzyż madziarski, ale o nieznanej proweniencji.
Są to wieści przekazane nam przez pana opiekującego się cerkwią, a ja je Wam przekazuję:-)


W drodze powrotnej spotkała nas ściana deszczu. Potem trochę suchej drogi, zanim przyjechaliśmy do chatki, dotarła tu i ta chmura, zlało niesamowicie.
A teraz, kiedy pisze te słowa aż strachem przejmuje mnie, co dzieje się za oknem, istne oberwanie chmury, potop jaki, czy co ... nie widać, co na łąkach, wodna kurtyna ...


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, dobre słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!

Kapliczka w pniu starej lipy pod cerkwią w Równi
P.s. Do warzywnika wskakuje mi przez siatkę jakieś płowe stworzenie, buraczki zjedzone, w mokrej ziemi głębokie ślady. Wbiłam wysoki patyk, na nim wywiązałam mój podkoszulek, całość zlałam "odiekołonem" Jacek po ś.p. wujku Pietrze, słupki ogrodzenia też wypachniłam. Jak sarna nie zobaczy stracha, to może chociaż odstraszy ją cuch wody kolońskiej wujcia:-)



niedziela, 5 listopada 2017

Po lewej stronie Sanu ... tym razem z mapą:-) ...

W nocy było jasno.
Przysłonięte chmurami od wielu dni niebo wreszcie rozjaśniło się i nagle okazało się, że jest pełnia.
Księżyc długo wisiał nad Horodżennem, świecąc w okna trochę niesamowitym blaskiem.
Doskonale widać było podwórze, przemykającego lisa, za płotem pasły się sarny, a ja nie mogłam spać ... w jedną noc wstałam tuż przed czwartą, a w następną po drugiej. Zmorzyło mnie na chwilkę znowu, kiedy niebo szarzało na wschodzie. Odczuwam wpływ księżyca, zmianę pogody ...


Księżyc z przekreską, jak tajemnicze oko ...
Słoneczny dzień nie zatrzymał nas w chatce, choć jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, ot! chociażby opał poskładać, ścianę zabezpieczyć przed mrozem, żeby w środku zimy nie okazało się, że wody zabrakło, bo zamarzła. Wyrzuty sumienia odsunęliśmy na bok i znowu pojechaliśmy, szkoda takiego dnia. Znowu przecięliśmy w poprzek pasmo Chwaniowa, lecz tym razem drogę przesunęliśmy w fazie o jeden "ruszt" niżej, czyli do Wańkowej, a potem przez Paszową, Rakową wylądowaliśmy znowu w Tyrawie Wołoskiej. Po lewej stronie ciągnął się potężny wał Gór Słonnych ... opadłe z drzew liście pozwoliły dojrzeć na wzgórzu w Paszowej cerkiew ...


... z drugiej strony przepiękne żeliwne krzyże na nagrobkach, szkoda tylko, że zasmarowane jakąś farbą do metalu ...



Próbowaliśmy jeszcze przedostać się polnymi drogami, ale było takie błoto, że jednak pozostaliśmy na asfalcie. W Rakowej remont cerkiewki, tak samo w Hołuczkowie ...


Cerkiewka w Siemuszowej odsłonięta na wzgórzu, coś jej brakuje ... jednak w otoczeniu starych drzew prezentowałaby się o wiele lepiej ...


Przypomnieliśmy sobie, że kiedyś tędy wędrowaliśmy ... był upał, zwłaszcza po zejściu ze Słonnych, za to potem przy drodze moczyliśmy się długo w chłodnym potoku, razem z naszym Maksiem-wędrownikiem, co miał dredy zamiast ogonka, a kiedy zmęczył się, trzeba go było na rękach nosić.
To były dobre lata, tyle przewędrowaliśmy pogórzańskich szlaków.
Po przejechaniu przez San, w Hłomczy odbiliśmy w lewo, na Łodzinę, którą niefrasobliwie sobie ominęliśmy poprzednim razem ...



Czekała na nas ta maleńka cerkiewka, pod ogromnymi dębami, stareńka, bo wybudowano ją w 1743 roku. W 1875 roku remontowano ją i z tego czasu pochodzi kompletny ikonostas. Mieliśmy szczęście, bo akuratnie była pani z kluczami, otworzyła nam, serdeczna, uśmiechnięta, i zostawiła samych, żebyśmy sobie pooglądali, zdjęcia zrobili ... w środku zapach starego drewna, jak w skansenie ...




Miejsce przeurocze, na samym końcu wsi, a dęby ponoć tylko 2 lata młodsze od cerkiewki.
Bliżej środka wsi ogromne drzewa znaczą ślad po dawnym dworze z XVIII wieku, który rozebrano po wysiedleniach. Pozostały tylko kamienne słupy bramy wjazdowej, które zaskakują swym widokiem, bo na początku nie wiadomo, co to jest, jakieś pomniki, czy coś. Drzewom też nie jest pisany długi żywot, kiedy przejeżdżaliśmy drogą, niektóre zabytkowe kolosy już leżały powalone ...



Znalazłam w necie jeszcze taką ciekawostkę, że ten dwór został rozebrany w ramach czynu społecznego przez lokalne koło ZMW, a na terenach podworskich w latach 70-tych wybudowano wielkie obory, które nie zostały zagospodarowane, bo zapomniano do nich doprowadzić wody:-)
Łodzina jest pięknie położona, na tle Gór Sanocko-Turczańskich ..., po drugiej stronie Sanu Dobra, Ulucz, tereny dawnych wsi ... Jakby przedłużeniem Gór Słonnych po drugiej stronie Sanu są Góry Czarne, właśnie te tereny, po których się poruszamy. Nazwa troszkę tajemnicza, Czarne ... i od razu kojarzę Czarny Las, potem Czarny Wygon Stefana Dardy ...


Teraz drogą z płyt, na szczęście krótką przejechaliśmy do Witryłowa, a ponieważ byliśmy tu ostatnio, to tylko przemknęliśmy przez wieś. Wypatrywaliśmy za jakimś drogowskazem do Pańskiej Winnicy,  ponieważ nigdzie go nie było, doszliśmy do wniosku, że nie jest do zwiedzania.  Nic straconego, jedziemy dalej, w kierunku na Dydnię, a potem dalej do Jabłonki.
To już droga na Grabownicę, ruchliwa mimo soboty, takich nie lubimy, ale Jabłonka przyciągnęła nas swoim uroczym modrzewiowym kościółkiem w stylu zakopiańskim. Nie jest też stary, bo zbudowano go w 1936-39 roku ...


W miejscowości jest też dwór, XVIII-XIX wiek, niestety brama zamknięta, więc obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz ...



No tak, teraz wyczytałam, że to centrum konferencyjne:-) budynek i ogród pod opieką konserwatora, czas powojenny nie był łaskawy dla dworu, z pięknego wyposażenia ostały się tylko 2 kominki.
Znowu zjeżdżamy z głównej drogi w nasze ulubione klimaty małych wioseczek, cerkiewek ... kierunek Grabówka ... wspinamy się drogą coraz wyżej i wyżej, nowe kościoły nas nie interesują, oczy wypatrują tego, co stare ... jest, opuszczony, pozostawiony, po prawej stronie drogi ...
To cerkiew prawosławna pw. św. Floriana ... parawanowa dzwonnica, z potężnymi kutymi gniazdami do dźwigania dzwonów, murowana z kamienia, potem otynkowana, gont pod blachą ...


Jej przyszłość niepewna, nikt nie pochyli się nad jej losem ... pęka, odpada ... kiedy patrzę na te wyokrąglone ściany, dach, widzę podobieństwo do malowanych cerkwi bukowińskich na Rumunii ...


... drzwi, zobaczcie, jakie ciekawe drzwi ...


Ćwieki ręcznie kute, takoż ciężki zamek razem z klamką ... od 1947 roku opuszczona zupełnie.
Jeszcze z mapy wyczytaliśmy, że w pobliskiej Falejówce też jest dwór ... jest, w agonii, nic go już chyba nie uratuje, dach prawie zawalony ... tylko oko przyciągnął śliczny detal,  daszek nad oknem z finezyjną podpórką, który oparł się czasowi ... szkoda, że kiedyś pewnie zniszczą, spalą, połamią ... przygarnęłabym:-)



Przygnębiające wrażenie, choć park wokół trzyma się całkiem, całkiem.


Potem jechaliśmy znowu drogą z płyt, tablica informowała, że w zimie jest nieutrzymywana ... ależ to cudna droga wśród bukowych lasów ...


... a potem na łeb, na szyję zjazd do Końskiego ... mąż mówi, ja tu kiedyś jechałem!
Jak to! skąd? - pytam. E, i to nawet dostawczym iveco - zaśmiał się - pokazali mi miejscowi skrót do Mrzygłodu.


Dla mnie to zupełnie nowe tereny. mały wycinek Pogórza Dynowskiego, pomiędzy Sanem a drogą z Dynowa na Grabownicę Starzeńską, urokliwe, acz troszkę inne od naszego Pogórza. W Końskiem minęliśmy cerkiew, która pełni teraz rolę kościoła ...


... na dzwonnicy wisi dzwon, który został odlany w 1712 roku.
Ale to nic, tu mamy następną ciekawostkę, maleńki kościółek zbudowany w murze pruskim, przy skrzyżowaniu dróg :-)


To jest naprawdę maleństwo, taka trochę większa kapliczka:-) krzywo wyszło zdjęcie, jak zwykle, kiedy człowiek w ostatniej chwili chwyta za aparat, a na ogonie siedzi auto.
Kościółek ten ufundowali właściciele majątku w 1939 roku dla rodzin katolickich, obecnie nie jest użytkowany.


I tu zamknęła się pętelka naszego wyjazdu, wróciliśmy za San, nadkładając drogi, bo przecież trzeba do jakiegokolwiek mostu dojechać. Zgłodnieliśmy całkiem sporo, więc w Birczy zakupiliśmy jakąś bułę z dodatkiem, którą mieliśmy zamiar zjeść gdzieś na słoneczku.
I wspomnieliśmy jeszcze, że powinniśmy jak Ania ze Stefanem, zawsze przygotować sobie na wyjazd mały termosik z herbatą, jakąś przegryzkę, a nie potem cierpieć. Ponieważ na drodze do nas kładli asfalt, to nieoczekiwanie zrobili objazd przez rezerwat Reberce, Łomną niedostępną dla zwykłego śmiertelnika ... jedziemy przez Łomną, a tu proszę, wspomniana Ania ze Stefanem. Nie widzieliśmy się dosyć długo, więc herbatka w chatce pogórzańskiej i rozmowy były wielką przyjemnością:-)
Poznaliśmy dosyć dobrze ten mały wycinek Pogórza Dynowskiego za Sanem,  teraz odwrót w drugą stronę, bo mnie bardzo nęci Roztocze Wschodnie, do miejsc, gdzie jeszcze nie byliśmy ... to wpływ pobytu na horynieckim cmentarzu:-)
I żeby tylko mapy nie zapomnieć zabrać:-)


Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, wszystkiego dobrego, pa!








poniedziałek, 30 października 2017

Prawie "kanonicznie" po rumuńsku czyli placinta ...

Jak sami wiecie, "prawie" robi wielką różnicę, jak nas przekonują w pewnej reklamie:-)
Czym można uszczęśliwić domowników, kiedy za oknem tylko parę stopni, dmucha orkan, i prawie bez przerwy leje, a na dodatek zostały nam ziemniaki z obiadu?
Przejrzałam przepisy w necie na ciasto do placinty: chyba nikt nie dodaje ziemniaków, a ja korzystam z przepisu na ciasto jak na langosze i też wychodzi pysznie.
Z kawałków ciasta wałkujemy spore placki, do środka dajemy bryndzę, może być jakiś inny słony ser, albo ugotowane, przyprawione ziemniaki czy też kapusta, mogą być też placinty na słodko:-)


Potem zawijamy brzegi po kawałku do środka "w wiatraczek", starając się, aby nadzienie nie było widoczne ...



Zgrabny pakiecik delikatnie rozpłaszczamy wałkiem i kładziemy na rozgrzany olej.
Rumunki czasami składają taki placek na dwoje i zlepiają brzegi jak pieróg, też takie buły jedliśmy:-)


Po usmażeniu jednej strony przekładamy na drugą, niech się ładnie rumieni ...


W miseczce robię do nich sos czosnkowy ... najprostsze jedzenie, wystarczy jeden placek, żeby poczuć w brzuszku słodką, sytą ociężałość:-)


Tym razem wykorzystałam ser, który przywiozłam w połowie września z Rumunii, pierwotnie był w typie fety, potem dojrzał, obsuszył się i starłam go na tarce ... ostry, słony, jednym słowem wyrazisty ...


Sobotni ranek obiecywał jakby słońce, chmury rozpełzły się po niebie, ale zanim zjedliśmy śniadanie i przestudiowaliśmy mapę Pogórza, zachmurzyło się znowu i już do końca dnia padał deszcz ...


Tym razem wybraliśmy lewą stronę Sanu, tereny równoległe do prawobrzeżnej z zeszłego wyjazdu, tam, gdzie cerkiewka w Uluczu, zabytkowa aleja dębowa, i zapomniane cmentarze, kaplice ...
Tak się zbieraliśmy, że zapomnieliśmy mapy. Coś tam zostało w pamięci, nazwy miejscowości, ogólny zarys drogi, ale już ciekawostki historyczne umknęły:-)
Ponieważ nigdzie nam się nie śpieszyło, jechaliśmy okrężną drogą, przecinając w poprzek pasmo Chwaniowa, potem skierowaliśmy się na Zawadkę ... dawno tu nie byliśmy, jeszcze jak synkowie moi byli we wczesnym wieku szkolnym. Jeździliśmy prawie co niedzielę na stok narciarski do Ropienki, krótki acz dosyć stromy, wymagający, ale na dole płonęło ognisko, narciarze z tygodnia na tydzień znali się już dobrze ... bywało wprost rodzinnie.


W najwyższym punkcie Chwaniowa kapliczka myśliwych, a obok oczywiście strasząca tabliczka ...


Czasami mam wrażenie, że za każdym krzakiem czai się niedźwiedź:-) Jest to na pewno znak bardzo "stopujący", może leśni straszą ludzi, żeby nie wchodzili do lasu i nie widzieli niczego, co dla postronnych oczu nie byłoby przeznaczone, tak to odczuwam. A że puszcza karpacka przepastna, dzika ... w lesie ciemno, straszno, ponuro ... i do tego ta tablica.


Lasy dymią, deszcz nie przestaje padać, w Zawadce można jeszcze spotkać stare domy, ale zadbane, odremontowane, przyjazne dla oka ...




No i nasz ulubiony kościółek ...


Od razu przypomina mi się pastorałka, śpiewana przez SDM ... kościółek na górce szopkę przypomina, tutaj przyszli odpocząć Józef i Maryja ...
Wyjechaliśmy na główną drogę tuż przed Tyrawą Wołoską ... jeszcze trwają roboty przy nowym moście, ale to końcówka.


Po lewej stronie kościół na pagórku, po prawej kolumny, pozostałości po dworze Krajewskich ...


Na jednej z nich bocianie gniazdo, a na drugiej zainstalowana kamera, z której można podglądać życie bocianiej rodziny. Biedne ptaki, ani chwili intymności ... :-)
Wracając do kościoła ... nieco poniżej nad drogą betonowa Pieta ... przypomniało mi się, jak ktoś napisał kiedyś ... o twarzy sowieckiego sołdata ... bo rzeczywiście niepiękna jest ta rzeźba:-)
Z Tyrawy Wołoskiej można wspiąć się na Góry Słonne, a potem zjechać do Wujskiego malowniczymi serpentynami, niczym przed rumuńską Cheia ...

zdjęcie ze strony gminy Sanok
My skręciliśmy w prawo, obraliśmy kierunek na Mrzygłód, a stamtąd już po przejechaniu Sanu miejscowość Końskie ... w pamięci zapisał mi się dwór, i tylko tyle ... zarośnięte stawy, zamknięta brama opatrzona tabliczką Własność prywatna, obok zabudowania dworskie.


Z Mrzygłodu do Końskiego jedzie przecudną drogą, wijącą się u stóp pasma Grabówki ... nigdy tu nie byliśmy. Ponieważ deszcz nie ustawał, nawet za bardzo nie chciało nam się wychodzić z ciepłego auta ... teraz kolej na Witryłów ... cerkiewka na wzgórzu, trudna do sfotografowania, bo wysokie tuje zasłaniają bryłę z każdej strony ... to może tylko od wejścia, z grotą Matki Bożej ...


Za to na prawo bardzo ładny budynek na wzgórzu, nie wiem, prywatny, czy też może proboszczówka?


Po drugiej stronie doliny, wysoko na Górze Witryłów - Winnica Pańska ...


Tak, teraz widzę, że musimy tu wrócić jeszcze raz.
Tym bardziej, że ominęliśmy przez to nieszczęsne zapomnienie mapy Łodzinę, a w niej cerkiewkę z 1743 roku, cacuszko na szlaku architektury drewnianej. Powrót tutaj, a bodaj przejazd przy okazji konieczny:-)
Wzdłuż rzeki San potężne wyrobiska żwirowe, a tym samym powiększają się tereny rekreacyjne, jeziora prawie jak na Mazurach. Widzieliśmy mnóstwo wielkich przyczep kempingowych, które spełniają rolę domku letniskowego, na wybudowanie stałych chyba nie dadzą zezwolenia, bo tereny zalewowe. A szkoda, bo przyczepy nie za bardzo pasują do naturalnych krajobrazów, po prostu psują go, a przecież można pozwolić na budowę "na własną odpowiedzialność", jest coś takiego?


Mamy trochę czasu, szukamy nowych miejsc, gdzie jeszcze nie byliśmy, jeździmy także po starych ścieżkach, które po latach odsłaniają nam inne, świeższe oblicze ... wszędzie mieszkają ludzie, wysoko, nisko, z trudnym dojazdem, gdzieś w przysiółkach, a im dalej od głównej drogi, tym ładniej ... aby tylko mapy nie zapominać:-)
Aha, i zapomniałabym! za chatką urosły mi najprawdziwsze rydze, które ścięłam z największą przyjemnością, bo zdrowiutkie aż dzwoniły ... zrumienione na maśle były doskonałym dodatkiem do obiadu:-) W ogóle to rydze rosną nawet w miejscach, gdzie kiedyś ich nie uświadczyło, nawet w naszym lesie, tuż za drogą, wystarczy przeskoczyć rów.
Zdjęcia im zrobiłam, bo Krzysztof pisał kiedyś, że chyba jeszcze nie widział rydzów ...



Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za odwiedziny, dobre słowo, bywajcie w zdrowiu, pa!