Przejechaliśmy Wołoszczyznę od Dunaju po Karpaty. Pogoda zmieniła się zupełnie, przejrzyste niebieskie niebo z początkowych dni schowało się za deszczowymi chmurami, ale za to było ciepło, na polach nasze bociany, pewnie w drodze do Afryki.
Za Buzau, w miejscowości Berca skierowaliśmy się za drogowskazami: Vulcani Noroiosi. To Błotne Wulkany.
Byliśmy tu już przed laty
z naszą ukochaną czarnulką Miśką.
Teraz przyjechaliśmy, bo chcieliśmy zobaczyć je jeszcze raz. Ohoho! zmiany, zmiany, komercja poczyna sobie tu pełną gębą. Najpierw uraczono nas ciorbą, taką, co to pewnie dolano wody, żeby było więcej, a kiedy poszliśmy ścieżką do Wulkanów, to było dopiero zaskoczenie.
Budka, strażnik i pobierają opłaty za wejście ... do licha, a ja zostawiłam na dole pieniądze, bo co będę upychać kieszenie bez potrzeby:-) aparat fotograficzny wystarczy. Nie pomogło tłumaczenie, że zapłacimy w knajpce, nie wpuści i koniec. Cóż było robić? zbiegłam z powrotem do auta jako ta lżejsza i przyniosłam te nieszczęsne leu, dobrze, że niedaleko i nie za wysoko.
Przed wejściem na teren Wulkanów zostaliśmy poinstruowani, jak mamy się zachowywać, a więc
... nie zbliżać się do otworów w odległości mniejszej niż 4m ...
... nie wrzucać do środka kamyków ...
... nie wchodzić na stożki błotne, bo może być "problema" ... no i nie używać ognia.
Za nami weszły na szlak dwie młode mamy z dziećmi, ależ przejęły się tymi zakazami.
Weszły na stożek, zrobiły selfi, a potem brały dzieci na ręce i prawie wsadzały do otworu, żeby zobaczyły, jak bulgocze błoto:-) Przestrogi odnoszą zupełnie odwrotny skutek, nikt się nimi nie przejmuje, do głowy by mi nie przyszło, żeby wrzucać kamyczki do krateru:-)
To niesamowite miejsce.
Wkoło wrze, bulgocze, robi puff! wydaje odgłosy jak głodny brzuch ... w jednych kraterach rzadziutkie błotko, inne zbierają się w sobie i wyrzucają z trudem pecynę gęstego błotka, płyną strumienie błotnej lawy, ale też bąbelkuje w nich ...
Jeden stożek jakby zakończył aktywność, był zupełnie suchy i zamknięty, ale przypomniał sobie po czasie, że trzeba zadziałać, więc zrobił sobie z boku jakby przetokę i nią wypluwał błoto ...
Zaschnięte błoto wygląda jak skóra starego żółwia albo słonia ...
Vulcani Noroiosi są także ciekawostką botaniczną, przed wejściem do rezerwatu tablica z wyszczególnionymi roślinami, które można tu spotkać, niektóre znam, niektóre zupełnie obce.
Pan strażnik zobaczył, że interesujemy się roślinami, a zwłaszcza jednym krzewem ...
Objaśnił, że to zupełny unikat, występuje tylko tutaj, na Błotnych Wulkanach, potem daleko, bo na terenie Afganistanu, Iranu, Turkmenistanu i Tadżykistanu, a także w Australii.
Nazwał tę roślinę "gardurarita", jakoś tak hiszpańsko mi to zabrzmiało:-)
To Nitraria schoberi.
My widzieliśmy krzak z czarnymi owockami, już prawie wysuszonymi, we wczesnej fazie rozwoju wygląda tak ...
Na skraju błotnych pól delikatne fioletowe kolorki, to zatrwian Gmelina ... taka mądra to nie jestem, udało mi się znaleźć stronkę z roślinami tu występującymi:-)
Mieliśmy zabiwakować na kempingu bodaj ze dwa dni i robić wypady w teren, bo okolica bardzo ciekawa. Niestety, deszcz pomieszał nam szyki, ciekawostki w miejscach o kiepskim dojeździe, więc plany na szybko zmieniły się i dotarliśmy tylko w jedno miejsce, do Ulmet.
Ciekawie jedzie się, z głównej drogi zakręt i to od razu ostro do góry szutrem, ale okolica naprawdę przepiękna.
Przyciągnęły nas tutaj kamienie "Trowanty" jak nie z tego świata,
podobne do tych, które widzieliśmy w zeszłym roku na południu Rumunii, a cały ten rezerwat nazywa się Babele de la Ulmet.
Trzeba przejechać przez wioseczkę, dalej poprowadzą tabliczki z napisem Babele.
Nie myślcie, tutaj też czeka budka z punktem do pobierania opłat, bodaj kilka lei, byliśmy późno i po deszczu, strażnik zwiał:-)
I oczywiście od razu przygoniły dwa psy, wcale nie głodne, bo cóż same kromki chleba, a jeden z nich poszedł z nami na szlak, wesoło machając ogonem ... turystyczny pies, jakich wiele.
Droga wiejska, glina w pyle, na to spadł deszcz, więc do sandałów przyczepiała się ta mokra warstwa, odrywając plastry śladów i pozostawiając suche miejsca, a podeszwy robiły się ciężkie, grube i nijak nie można było pozbyć się ich. Dopiero przejście w mokrej trawie trochę umyło te modne "platformy".
Na łączce pierwszy ciekawy kamień, nazywają go chyba Żółw, a mąż od razu skojarzył to z twierdzą Przemyśl i żeliwnymi kopułami obserwacyjnymi:-)
Potem ścieżką ze śliskimi stopniami i o, rany, zupełny kosmos!
Obok ścieżki wymyty następny kamulec ...
... a na grzbiecie wzgórza ... no tak, tu na pewno byli kosmici ...
O, tak, pies wiedział, że nie ma co włóczyć się po mokrych krzakach, i tak tu wrócimy, żeby zejść z powrotem ... mała drzemka ...
Poszłam odważnie ścieżką dalej, zmoczyłam się w trawie i krzakach po pas ... wszędzie krzewy rokitnika, oblepionego pomarańczowymi owocami. Spróbujcie je zbierać, nie dość, że miękkie, to jeszcze wśród ostrych cierni.
Zakupiłam worek owoców po drodze, od jednego człowieka, który pracowicie obrywał je z przyniesionych gałęzi.
Rozgniecione i zalane miodem już macerują się w słoiczkach, są kwaśne, pachną podobnie jak kalina, czyli niezbyt, ale ponoć straszecznie zdrowe:-)
Niektóre kamienie-trowanty z dodatkowymi ozdobami ... jak tarcze starożytnych wojowników ...
Wróciliśmy do auta, drugi pies był mądrzejszy, wylazł spod auta, wyspany i suchy:-)
Tyle ciekawostek naszukałam, skalne pierwsze kościoły w górach, czyli pieczary ze starymi napisami, prowadzi szlak po górach, kolejne solne góry w Manzalesti, kraina ognia w Terca, bursztyny w Colti... wszystko to pozostawiliśmy w deszczu. Bardzo mi żal, że nie mogliśmy zobaczyć wszystkiego na własne oczy, nie wiem, czy będzie jeszcze w życiu okazja, żeby tu wrócić. Przy okazji poszukiwań w necie wyczytałam, że projektowane jest powstanie w górach Buzau geoparku, bo obszar niezwykle urozmaicony, a jeszcze niezbadany dogłębnie ... historia, związane z tym starożytne obiekty, budowle, geologiczna perełka, a także botaniczna.

W Rumunii akcja wyborcza na prezydenta, w każdej najmniejszej miejscowości drogie, foliowane banery zawieszane w poprzek drogi ... ileż pieniędzy poszło w powietrze, tego nie zliczy. Obiecują tym ludziom cuda-wianki, byle oddali na nich swój głos, potem nikt o nich nie pamięta. Biedne osady, bez dobrego dojazdu, ludzie biedni, zwłaszcza starsi, ci kandydujący pewnie nawet tu nie byli ... polityka ma chyba jednakowe oblicze w każdym kraju.
Skoro tu nie udało się, to może trasa przez Fogarasze okaże się łaskawsza.
I dobrze, że się tam wybraliśmy, bo trafiliśmy na najprawdziwszy wiejski targ u podnóża gór.
Kupiliśmy tam paprykę, bakłażany, różową cebule sałatkową, podobną do naszej szalotki, jakieś precle wiązane na pęczki, sery wędzone przepyszne, a także coś, co nosili i przegryzali wszyscy ... placki podobne do racuchów, obtoczone w cukrze, chrupiące i pachnące.
Obserwowałam, jak to robili, pewnie rodzinny biznes.
Z kadzi pod blatem kobieta wyciągała po garści dosyć luźnego ciasta drożdżowego i rzucała na polany obficie olejem tenże blat. Potem rozpłaszczała dłonią i rzucała w gorący tłuszcz, placek pływał swobodnie, szybciutko rumienił się, a dziewczyna wyjmowała wielkim widelcem na ogromną tacę, potem w cukier i już można chrupać gorący.
Wiele śmiesznych sytuacji wywoływały te nasze nieporadne zakupy, bo dogadaj się tu z kobieciną co do ceny, co młodsi pomagali po angielsku, albo na elektronicznej wadze pokazywali, a już zakup precli-koleczików to wyższa szkoła jazdy ... tu trzeba było brać wielokrotność 10:-)
Kupowaliśmy przy drodze arbuzy, melony, dojrzałe tak, że rozpływały się w ustach, a smak niebiański. Melony kojarzyły mi się mdło, a te wygrzane na słońcu, soczyste były przepyszne.
Jakieś jasnozielone kule ... kupmy, mają czerwone w środku, pewnie będą dobre, i jeszcze te gładkie żółte, i jeszcze te ... kobieta podarowała nam za zakupy jeszcze coś innego. W domu okazało się, że też melon, ale inny z wyglądu i smaku.
Jednak trasa fogaraska nie okazała się wcale łaskawsza, im wyżej tym ciemniej, a potem to już w chmurze ...
Za tunelem wiatr, +5 stopni, wysiadać z auta nie chciało się, a tu takie sceny, panna młoda jak zmokła kura, w tej zimnicy, ależ fantazja ... moda na sesje ślubne w nieoczekiwanych miejscach.
Pokonywaliśmy kolejne zakręty drogi, temperatura rosła im zjeżdżaliśmy niżej, bez żalu zostawiliśmy góry za sobą ...
W Transylwanii znowu deszcz, bardzo nam pomogła autostrada Transilvana, zaoszczędziliśmy sporo czasu, a mieliśmy jechać inaczej ... mąż nie chciał już noclegu po drodze. Na Słowacji kilka kontroli jak nigdy, pogranicznicy, potem policja, nawet podany został alkomat, śmiejemy się do dziś, jak policjant wydał polecenie: Dychajte!
Nad ranem stanęliśmy u bram pogórzańskiej chatki. KONIEC.
Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za poświęcony czas, pozostawione słowo, może kogoś zainspiruje moja relacja, bo Rumunia jest warta odwiedzin, pa!
P.s.
Aha! tak sobie pomyślałam ... może nasze roztoczańskie "kukiełki" to takie maleńkie, młodziutkie trowanty?
Trzeba by zapytać geologa:-)